Krucjata tysiąclecia**
Dorota Warakomska*
Pierwsza wizyta na Kubie to skok do przeszłości. Na ulicach Hawany najpierw w oczy rzuciły mi się sunące majestatycznie piękne limuzyny, kabriolety, buicki, lincolny, chevrolety, fordy. Tzw.oldtimery, auta z lat 50-tych, prosto z filmów Elvisa Presleya. Ostatnie, jakie Kubańczycy mogli sprowadzić z USA. Następnie mój wzrok przyciągnęły ogromne gmachy hoteli i piękne wille, budynki budowane w latach 20-tych przez i dla Amerykanów, którzy teraz na Kubie nie są witani z otwartymi rękami. Przypatrując się hawańskiej ulicy można też zauważyć piękne zabytkowe pałacyki i kamienice przypominające czasy kolonii hiszpańskiej. W najstarszej części Hawany są domy nawet z XVI i XVII wieku. Od 1982 roku Hawana znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kuba, odkryta przez Kolumba i nazwana przez niego „najpiękniejszą ze wszystkich ziem”, przez 4 stulecia pozostawała pod panowaniem hiszpańskim. Była ostatnim krajem Ameryki Łacińskiej, który wyzwolił się spod panowania kolonizatorów z Półwyspu Iberyjskiego. Od 1898 roku po uzyskaniu niepodległości i przystąpieniu Ameryki do wojny z Hiszpanią, Kuba była pod wojskową okupacją (czyją?). Na początku XX wieku Amerykanie zainteresowali się bogactwem wyspy – trzciną cukrową i tytoniem. Docenili przyjemny wyspiarski klimat i wesołe usposobienie Kubańczyków – zakładali tam kasyna, kluby. Rewolucja i władza Fidela Castro zmieniła wszystko, nie tylko wprowadzając socjalizm, ale zrywając wszelkie więzi z Amerykanami. Zwłaszcza po wprowadzeniu przez nich w 1962 roku embarga. fot. D.Warakomska, J.Szczepański W Hawanie miałam wrażenie, że czas zatrzymał się pod koniec lat 50-tych, a miasto najlepsze lata ma już za sobą. Wystarczy wyjść kilka przecznic poza centrum, poza odnowiony kwartał starej Hawany z galeryjkami i muzeami, aby zobaczyć wymarłe, opuszczone, zniszczone miasto. Obdrapane, walące się budynki, dziurawe ulice... Każdy róg okupują małe grupki ludzi. Młodzi i starzy. Kobiety i mężczyźni. Jedni leniwie spoglądają na przechodniów. Inni wiodą dyskusje „na bardzo ważne tematy”. Wokół nich unosi się zapach cygar. Stałym elementem ulicznego krajobrazu najstarszej części Hawany są rozstawione na środku stare auta, wybebeszone, na cegłach. Hawana to jeden wielki warsztat - wszędzie naprawiane są samochody. I pucowane. Właściciele polerują je na wysoki połysk. Klasycznych oldtimerów jest podobno na Kubie 70 tys. – to jedno wielkie motoryzacyjne muzeum. Kubańczycy dbają o auta, bo nowych nie mogą sprowadzić, a stare mogą sprzedać tylko państwu, co wcale im się nie opłaca. Senne niedzielne popołudnie. Podczas spaceru starymi uliczkami widzę, że na balkonach i tarasach pięknych, zabytkowych ale zrujnowanych pałacyków i kamienic suszy się bielizna pościelowa, ubrania. Na jezdni z kocich łbów dzieciaki grają w baseball albo piłkę nożną i kapsle, pokrzykując. Zabawkami są kamyki, patyczki. Wszędzie walają się śmieci. Tęgie kobiety wyglądają przez okno, widać to ich stałe zajęcie, bo nawet poduszki mają specjalnie ułożone na parapetach. Mężczyźni w podkoszulkach, siedząc na małych stołeczkach, czytają gazetę. Super zgrabne, kolorowo i obcisło ubrane młode dziewczyny przechodzą, ściągając wzrok wszystkich ulicznych obserwatorów. Czyżby szukały klientów? Przed domem z żeliwną bramą działa fryzjer – klient siedzi na krześle, obok kilkuosobowa kolejka. Bezzębna staruszka stoi w progu sąsiedniego budynku, opierając się o niegdyś błękitną framugę. Słychać radio. Starsza pani spuszcza z pierwszego piętra sznurek z koszykiem, pokrzykując na biegającego po ulicy chłopca. Wysyła go po sprawunki? Obrazki jak z małego prowincjonalnego miasteczka. Tymczasem to metropolia – w Hawanie żyje 2,5 mln ludzi, jedna czwarta wszystkich mieszkańców Kuby.

fot. D. Warakomska, J. Szczepański Wyspa leży zaledwie 145 kilometrów od Florydy, od półwyspu Key West, a wydaje się jakby była na końcu świata. Skazani na sąsiedztwo amerykańskiego mocarstwa, Kubańczycy żyją w cieniu Wielkiego Amerykańskiego Brata i, jak sobie życzy wódz Fidel Castro, trwają w zapiekłej nienawiści do niego. Wspominają Amerykanów na każdym kroku – „tu bywał Frank Sinatra”, „tu popijał Ernest Hemingway” – i, powtarzając słowa przywódcy, obwiniają Amerykanów o wszystko. Winę za nieurodzaj, katastrofy, złą pogodę zrzucają na amerykańskie embargo. I mało kto pamięta, że wiele z tego, co się powszechnie kojarzy z Kubą, wymyślili Amerykanie. Np. najsłynniejszy drink, Cuba Libre został stworzony przez stacjonujących na Kubie amerykańskich żołnierzy podczas wojny amerykańsko-hiszpańskiej pod koniec XIX wieku. Ten fakt jest skrzętnie pomijany w kubańskich opowieściach. (Podobnie zresztą, jak fakt, że wzorowany na waszyngtońskim Kapitolu Capitolio, którego budowę ukończono w 1929 roku, miał być siedzibą dwuizbowego Kongresu. Dziś mieści się tu muzeum historii naturalnej, bo po co komu dwuizbowy Kongres?) A jaki jest „partyjny” funkcjonujący przepis na Cuba Libre? Oto receptura z rysunkowego dowcipu w jednym z barów w Hawanie: „Jedna prawdziwa rewolucja, Jeden naród, który jej broni, Jedna partia, Jeden historyczny przywódca.”
Portretów Fidela próżno wypatrywać na ulicach. Są za to wymalowane na murach wizerunki rewolucjonisty Che Gevary oraz hasła wychwalające socjalizm i wolność Kuby. No, i kpiące z Amerykanów. Socjalizm i wolność to w rzeczywistości racjonowana żywność, zakupy na kartki, puste półki i znudzeni sprzedawcy, a także kolejki stojące na wszelki wypadek, bo „a nuż coś rzucą”. Jak niegdyś w Polsce. Patrząc na tych ludzi pod sklepami, na puste sklepy myślałam – nam też wydawało się, że nie może być inaczej, a jednak…. Kuba żyje w świecie z wydzielaną benzyną dla zwykłych ludzi. Elity partyjne zarządzające państwowymi przedsiębiorstwami turystycznymi oczywiście mają dostęp i do benzyny i do nowych europejskich samochodów, o których zwykli śmiertelnicy mogą tylko marzyć. Zwykli ludzie przemieszczają się po Hawanie wielkimi autobusami, garbatymi przegubowcami, zwanymi wielbłądami – camellos, które mieszczą po 300 osób. Pojazdy te są wiecznie zatłoczone, często jeszcze w drzwiach wiszą „winogrona pasażerów”. Koloryt hawańskiej ulicy w dzień powszedni stanowią też dzieci, biegające w mundurkach, z pionierskimi chustami wokół szyi. Tymczasem dorosłych spieszących na wieczorne spotkania Dzielnicowych Komitetów Obrony Rewolucji nie obowiązują żadne organizacyjne stroje. Na spotkaniach omawia się bieżące sprawy, analizuje wypowiedzi sąsiadów. Źródłem inspiracji jest gazeta Granma. Dziennik, publikujący wypowiedzi Fidela i antyamerykańskie teksty, wychodzi także w wersji angielskiej – dla turystów. Próżno szukać w nim informacji o działaniach Kościoła Katolickiego. Raz tylko było inaczej – w 1998 roku, gdy Jan Paweł II odwiedził Kubę. Wtedy w przemówieniach Fidela, w całości publikowanych w gazecie, przewijały się słowa pochwały dla Papieża za troskę o zwykłych, biednych ludzi, a także za krytykę drapieżnego rynku. Kubańczycy, których pytałam czy wiedzą kto i dlaczego do nich przyjeżdża powtarzali za Fidelem, że Jan Paweł II to bardzo mądry człowiek i bardzo ważna osobistość. Mniej było w tym wiary i religii, więcej podziwu dla człowieka, którego szanuje ich Przywódca. Ale i w kościołach byli wówczas skupieni, modlący się ludzie. Grali na gitarze, śpiewali, radowali się.  fot. D. Warakomska, J. Szczepański W czasie trwania papieskiej pielgrzymki, kiedy po raz drugi odwiedziłam Kubę, widać było jak wysprzątana ze śmieci i prostytutek Hawana się zmienia, jak zmieniają się ludzie. Jak zaczynają słuchać i rozumieć to, co Papież do nich mówi. O rodzinie, wychowaniu dzieci, wolności, prawdzie, wartościach duchowych. „Niech Kuba otworzy się na świat i niech świat otworzy się na Kubę” – wzywał Ojciec Św.. „Obudź się Kubo” – te słowa Papieża wiele dały do myślenia zwykłym ludziom. Budziło się w nich poczucie wspólnoty religijnej, budziła się i umacniała wiara, budziła się nadzieja. Papieska pielgrzymka – nazywana przez wielu katolickich działaczy z Hawany „krucjatą tysiąclecia”, nie obaliła jednak komunizmu na Kubie. Kuba nie poszła w ślady Polski, choć chciał tego sam Jan Paweł II. Ta pielgrzymka wiele jednak zmieniła, choć nie na długo i nie tak powszechnie jak się spodziewano. Nawrót religijności Kubańczyków, możliwy także dzięki otwartości władz na działania Kościoła nie był tak trwały, bo wraz z wyjazdem Papieża ta otwartość jakoś zniknęła. Tak, jak zniknęły z ulic plakaty z wizerunkami Jana Pawła II i hasłem „Nie lękajcie się”. Odwaga też szybko została stłumiona. W kilka tygodni po pielgrzymce doszło do starć z siłami specjalnymi, po tym jak ugrupowania katolików, innych wyznań chrześcijańskich i opozycjonistów, wystosowały do Parlamentu odezwę, by przeprowadzić narodowe referendum o tym, czy Kubańczycy chcą zmian w swoim kraju.
fot. D. Warakomska, J.Szczepański Trzeba jednak dodać, że katolicyzm kubański nigdy nie był tak niezależny jak w Polsce. W epoce kolonialnej to król mianował biskupów i zatwierdzał bulle papieskie. Kościół zawsze więc kojarzył się tu z władzą, z rządzącymi. W czasach republiki antyklerykalizm się zwiększył, a po rewolucji większość księży wydalono, szkoły i szpitale katolickie zamknięto. Ciekawe, że sam Fidel Castro i kilku innych przywódców Rewolucji pobierało nauki w jezuickich szkołach. Kościoły zachowano, nie burzono ich ani nie przekształcano w domy kultury. Wypełnione po brzegi podczas papieskiej pielgrzymki, szybko jednak opustoszały. Może nie bez znaczenia był tu fakt, że aż trzy czwarte Kubańczyków przyznaje się do praktykowania któregoś z afrokubańskich kultów religijnych… Najpopularniejszy z nich to santeria. Jej wyznawcami jest wielu praktykujących katolików. Wśród czczonych bóstw jest Chango – bóstwo namiętności i piorunów. Jego barwy to biel i czerwień. Kolor żółty jest barwą Ochun – bogini słodkiej wody, płodności i miłości. Na ulicy wyznawców santerii rozpoznawałam po naszyjnikach z kolorowych paciorków. W domach pokazywali mi ołtarzyki dla duchów, tam składają dary – cygara , owoce, kwiaty, rum. Bóstwa lubią bowiem wszystko to, co zwykli Kubańczycy. Cygara i rum to eksportowe dobra Kuby. Znają je wszyscy na całym świecie, choć kubańskich cygar w USA legalnie kupić nie można. Cudzoziemców ściągają na Kubę jednak nie tylko ze względu na – podobno najdoskonalsze – cygara. Przyciąga ich lazurowa woda, ciepły piasek, rafy koralowe i cudowny klimat. Najczęściej Kubę odwiedzają Kanadyjczycy, Niemcy, Francuzi, Hiszpanie, Włosi. Niektórzy zwabieni są reklamami „seks turystyki”, inni przyjeżdżają zobaczyć egzotykę socjalizmu. „Póki socjalizm jest, póki Fidel żyje!” – reklamują Kubę niektóre europejskie biura podróży, sugerując, że gdy przywódca odejdzie, Kuba zostanie poddana nagłym reformom politycznym i gospodarczym i… będzie tam tak jak na Florydzie. Cudzoziemcy, pod warunkiem, że nie są Amerykanami i dziennikarzami, są na Kubie mile widziani i otrzymują najlepszy serwis. Kompleksy turystyczne nad oceanem zapewniają wszystko. Właścicielem kurortów, hoteli, biur podróży jest państwo. Państwowe są wszystkie firmy, świadczące usługi dla przyjezdnych, wypożyczalnie samochodów, duże eleganckie restauracje. To tylko w nich można serwować to, co najlepsze – owoce morza – krewetki i homary. W prywatnych, rodzinnych restauracjach, tzw.paladares, zakazano ich podawać – państwo ma monopol na homary. Jednak i bez tego prywatne firmy dobrze się rozwijają. Restauracje w domach, na 2-3 stoliki, stoiska na ulicach, kioski. Króluje pieczony kurczak, z dodatkiem ryżu i fasoli.
Fidel Castro pozwolił na prywatny biznes w połowie lat 90. Zaczęto handlować na bazarach. Przed katedrą w centrum Hawany, na gwarnym targowisku można kupić wszystko. Niektórzy sprzedawcy, choć plują na Amerykanów, przyjmują nawet dolary, mimo, że w oficjalnym obiegu od 2004 roku zamiast nich są peso convertible, czyli dobrze nam znane „bony”. Karty kredytowe np. z polskich banków przyjmowane są w państwowych kompleksach turystycznych i hotelach, nie miałam więc problemów z płaceniem rachunków, ale te z amerykańskich banków nie są honorowane, moi koledzy - reporterzy z USA musieli pożyczać pieniądze….
„Powiewem kapitalizmu” są inwestorzy zagraniczni, lokujący w spółki joint ventures, firmy handlowe, usługowe, działające w kilku strefach wolnocłowych. Eleganckie sklepy w centrum Hawany, często strzeżone przez ochroniarzy, kuszą pięknymi wystawami i zagranicznymi ciuchami, odstraszają jednak cenami. Z pensji robotniczej czy urzędniczej nie można kupić adidasów, synonimu zachodniego stylu bycia. Turyści z zachodniej Europy czy Kanady nawet tych sklepów nie zauważają. Wchodzą chętnie za to do luksusowego Hotelu Nacionale. Ten wybudowany w 1930 roku gościł Marlona Brando, Winstona Churchilla, tu królował Al Capone, kierując przemytem, kasynami i domami publicznymi. Tu w 1946 roku przyjęcie urodzinowe urządził Frank Sinatra. Ogromny gmach hotelu góruje nad Maleconem, nadmorską promenadą wytyczoną w 1901 roku i wijąca się 8 kilometrów. Uwielbiają ją wszyscy habaneros – hawańczycy a także turyści. Bulwar jest miejscem spacerów i spotkań, z rozkoszną bryzą od roztrzaskujących się o kamienne nabrzeże fal, z widokiem na statki, zamek El Morro i fortecę La Cabana. Turyści odbywają też chętnie spacer po Prado – pięknej alei w centrum Hawany. Chętnie też odwiedzają podhawańskie Varadero, najbardziej znaną plażę z lazurową wodą. Panują tu idealne warunki do pływania na desce i żeglowania. Opodal plaży znajduje się wioska pionierów. Widziałam rozsypujące się betonowe budynki, w których dzieci karnie śpiewają hymn i wysłuchują przemówień wodza. A na plaży obok zagranicznych turystów wypoczywają także Kubańczycy – grają w piłkę, śmieją się i tańczą. Kuba to przecież ojczyzna mambo, czaczy, bolero i rumby. Tęskne dźwięki gitary słychać też w mieście, na ulicach, w kafejkach. Wszędzie słychać muzykę. Także tę najsłynniejszą, znaną na całym świecie piosenkę dla dziewczyny z Guantanamo - Guajira Guantanamera. Głośne rytmy rozbrzmiewają także w klubie Tropicana. Ten najsłynniejszy kubański kabaret, jest jedynym symbolem przedrewolucyjnej Kuby, któremu udało się przetrwać. Ściągają tu tłumy. Podobnie jak tłumy turystów przemierzają Hawanę śladami Hemingwaya. Kubańczycy są dumni z tego, że Kuba była ukochaną wyspą pisarza; że spędził tu większość z ostatnich 21 lat życia. W Hawanie pisał, pił, hulał, rozmawiał, stąd czerpał inspiracje. Jego towarzyszami zwykli ludzie, ale też gwiazdy filmowe i politycy. Wyjeżdżając w 1960 roku, ofiarował Kubie Nagrodę Nobla, zdobytą za książkę „Stary człowiek i morze”, napisaną właśnie na Kubie. W domu Hemingwaya pod Hawaną w Finca Vigia – co oznacza „Posiadłość z widokiem” – nazwa jak najbardziej adekwatna - jest jego muzeum – obowiązkowy punkt na trasie turystycznej. Kolejne takie miejsce to tawerna „La Bodeguita Del Medio”, gdzie Hemingway wymyślił drink mojito - rum z wodą sodową, sokiem z limonki, miętą i cukrem oraz restauracja El Floridita – słynna „kryjówka” Hemingwaya, gdzie turyści bez względu na cenę piją słynną daiquiri – „Papa special”, z podwójnym rumem, taką jak pił pisarz.
Trzeba przyznać, że Kubańczycy potrafią czerpać zyski z miłości słynnego pisarza do ich wyspy. I nie chodzi tylko o czysto materialne profity, bo wielu turystów, popijając drinki w państwowej knajpie, myśli „skoro Hemingway tu mieszkał, to musi tu być coś szczególnego”… *Dorota Warakomska - dziennikarka i komentatorka. Jako korespondent TVP relacjonowała papieską pielgrzymkę na Kubę w styczniu 1998 roku; autorka książki „Ostatnia Wyspa Komunizmu. Jan Paweł II na Kubie” wyd.Znak 1998 (wraz z Jarosławem J.Szczepańskim). ** Tytuł pochodzi od redakcji.
|