Kubański teatr absurdu
Carlos Eire
Teatr absurdu. Bohaterowie w pułapce beznadziejnej sytuacji, rozchwiani przez nielogiczne przemówienia, przez nieracjonalne siły zmuszeni do odgrywania nic nieznaczących gestów. Pojawili się jak wściekłość w wolnym świecie klasy myślącej. Kilka dekad później, niestety, ten teatr odrodził się ponownie - podczas zjazdu Partii Komunistycznej w Hawanie. Po 52 latach u władzy – czterdziestu siedmiu spędzonych w cieniu starszego brata – „prezydent” Raúl Castro próbuje zreformować swoje dominium, by jednocześnie nie zmienić niczego. Z delegatami partyjnymi podzielił się swymi przemyśleniami. Odtąd nikt nie powinien sprawować funkcji w rządzie dłużej niż dwie pięcioletnie kadencje. Dziesięć lat na stanowisku, dotyczy to wszystkich, od zaraz – włączając Raúla - „Musimy odmłodzić rewolucję” – rzekł Raúl. Zebrani delegaci odpowiedzieli gromkimi brawami, by następnie prędko ogłosić 79-letniego Raúla swoim najwyższym przywódcą, a Jose Ramona Machado, swojego kompana, jego bezpośrednim następcą. Pozycja nr 3 w rządzie przypadła kolejnemu rewolucyjnemu pomocnikowi, Ramiro Valdesowi. Machado ma 80 lat, Valdes, 79. Przyszedł i czas na danie główne: 300 propozycji reform, mających wstrząsnąć centralnie sterowaną gospodarką Castrolandii. To, o czym państwowa prasa na Kubie nie napisze, i co zagraniczni korespondenci z kubańskiej wyspy nie odważą się powiedzieć na głos (żeby nie zostać wydalonym, jak hiszpański dziennikarz Carlos Hernando), to to, że tak zwane reformy są iluzoryczne. Są desperacką i żenującą próbą zakamuflowania represji i zachowania obecnego status quo. Zamiast otwierania kubańskiej gospodarki, stworzenia prywatnego sektora, przekazania Kubańczykom więcej wolności, mamy ‘reformy’ mające na celu przejąć kontrolę nad szarą strefą, która funkcjonuje już od lat. Weźmy na przykład plan zwolnienia pół miliona osób zatrudnionych w administracji i przekształceniu ich w przedsiębiorców. To nie tylko uznanie rzeczywistości, w której wielu Kubańczyków już funkcjonuje wykonując usługi pod stołem, takie jak naprawa zegarków czy butów, ale jest to także próba ustanowienia większej kontroli nad czarnorynkowymi usługodawcami i zagarnięciem dochodów pochodzących z tychże transakcji. Te prace, które wykonywać ma pół miliona nagle zwolnionych Kubańczyków nie dość, że należy zorganizować sobie samemu, to jeszcze należy zmieścić się 178 kategoriach opisanych profesji, takich jak psi opiekun, przyszywacz guzików, naprawiacz parasoli, z tym że do wykonywania każdej z tych usług będzie potrzebna odpowiednia licencja, przydzielony zostanie stały nadzór urzędniczy, no i oczywiście nałożony będzie wysoki podatek. Te przebrzmiałe reformy nie są wcale nowym wynalazkiem. Podobny plan został wprowadzony w życie na początku lat 90. po upadku Związku Radzieckiego, który subsydiował kubańską gospodarkę. Nagle Kubańczycy mogą zamienić swoje rozpadające się domy w restauracje, a antyczne samochody w taksówki. Wielu, z powodzeniem, już tak zrobiło, by natychmiast wpaść w łapy biurokratów, którzy zaczęli opodatkowywać ich ni z tego ni z owego. Rozważmy też ostatnią propozycję, która „umożliwi” Kubańczykom zakup i sprzedaż domów. Kolejne podstępne rozwiązanie, bowiem na drodze do sukcesu stoi bardzo zniechęcający szczegół: brak gotówki i kredytów. Kubańczycy nie mają oszczędności. Każdy zarabia ok. 20 dol miesięcznie i szybko je wydaje. Nowi przedsiębiorcy, zajęci swoim nędznym majsterkowaniem, nie odłożą za wiele, zdecydowanie nie na założenie zaliczki na dom. Tymczasem na Kubie nie ma prywatnych banków, a rząd nie ma żadnych środków na kredyty dla obywateli, bo ma ogromny, liczony w dziesiątkach miliardów dług do spłacenia zagranicy. Następnie pojawia się kwestia własności - brzydki potwór, trzymany na uwięzi przez komunistyczny reżim. Problem stanowi dwa miliony Kubańczyków na emigracji, którzy nigdy nie zapłacili za swoje domy, które teraz zajmują ci, co zostali. Gdy tylko potwór zostanie spuszczony z łańcucha, będzie zapewne siał spustoszenie, szczególnie, jeśli wygnańcy z zagranicy zaczną zgłaszać uzasadnione roszczenia. Nie trzeba być ekonomistą, by zdać sobie sprawę, że tylko ten mały problem sprawia, że wielkie „reformy” mieszkaniowe są co najmniej dyskusyjne; są oznaką desperacji. Słabowity Fidel Castro pojawił się niespodziewanie podczas sesji kończącej obrady. Światowa prasa podała, że zgromadzeni delegaci przywitali go ze łzami w oczach, owacją na stojąco. Mam ochotę zapytać: co jest większym absurdem – powitanie Fidela, czy wspomnienie o tym w newsach przez dziennikarzy zagranicznych, którzy gdyby tylko wiedli na Kubie żywot zwykłego Kubańczyka, oszaleliby na wieść o tych jakże pozorowanych reformach? I tu pojawia się kolejne pytanie: czy tyranom kiedykolwiek odmawia się gromkiego aplauzu i łez wdzięczności, nawet wtedy, kiedy poddają w wątpliwość swoją moralność w teatrze absurdu?
|