Narodziny przedsiębiorczości na socjalistycznej Kubie
Jeff Franks
W imię ratowania socjalizmu na Kubie, słowa takie jak konkurencja i marketing można po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat usłyszeć na wyspie. Zaplanowane reformy zmierzają ku powstaniu nowej klasy przedsiębiorców w kraju, który przez długi czas opierał się zmianom gospodarczym. Jak ogłosił rząd, 310 tysięcy Kubańczyków pracuje legalnie na własną rękę na Kubie, z czego 220 tysięcy otrzymało pozwolenie na prowadzenie własnej działalności pod koniec zeszłego roku, kiedy Castro ogłosił rozbudowę sektora prywatnego. Jest to jedno z założeń szerokiego pakietu reform mających na celu modernizację spowolnianej gospodarki Kuby prowadzonej w sowieckim stylu przy zachowaniu socjalizmu dla przyszłych pokoleń. Prezydent USA Barack Obama niedawno zbagatelizował zapowiedź zmian, jako zbyt małych, ale na wyspie oddalonej 90 mili od Stanów, wielu Kubańczyków wierzy, że to tylko początek. Reformy to „szansa dla Kubańczyków, to tylko start” - mówi Giselle w swoim paladarze, przydomowej restauracji, w Vedado w Hawanie – „myślę, że Kuba zmienia się na lepsze”. W Hawanie większość nie ma wątpliwości, że ekonomiczny krajobraz się zmienia. Ludzie otwierają punkty handlowe i usługowe w drzwiach swoich domów i na chodnikach, oferując ciekawą gamę produktów i usług - od żywności po naprawę butów, telefonów komórkowych i zegarków. Jedni oferują usługi fryzjerskie na werandach swych domów, inni zajmują się handlem obwoźnym oferując kwiaty, ciastka, produkty rolne. Rada ministerialna ostatnio wyraziła swój niepokój w związku z ogromną ilością zablokowanych ulic i chodników przez tłumy handlarzy, którzy okupują historyczne budynki Kuby. Możliwe, że kupcy zostaną usunięci z głównych ulic i przeniesieni do wynajętych przestrzeni, obecnie zajmowanych przez dogorywające firmy państwowe. Rząd podał również, że 49 tyś. (22%) nowych pozwoleń na prowadzenie działalności zostało przyznanych właścicielom punktów gastronomicznych, co spowodowało, że kolejne paladary wyrosły jak grzyby po deszczu,a co za tym idzie, pojawiła się ogromna konkurencja. fot. Wojtek Mejor
Alejandro Robaina, właściciel restauracji La Casa, mówi, że rozwijający się rynek wymaga nowych usług, jak również wymaga marketingowych strategii, bo w kraju jak Kuba, tradycyjna reklama prawie nie istnieje. W styczniu Robaina uruchomił stronę internetową, stworzył blog i profil na Facebooku, aby dotrzeć do zagranicznych turystów oraz do niewielu uprzywilejowanych Kubańczyków, którzy mają dostęp do Internetu. Dla stałych klientów oferuje zniżki, a dla zagranicznych gości lekcje gotowania. Inne paladary proponują 24-godzinne usługi, dostawę do domu, karty lojalnościowe. „Zawsze trzeba być jeden krok do przodu, tak by konkurencja cię nie dogoniła” – tłumaczy Robaina. Castro ma nadzieję, że reformy zaszczepią również nowe myślenie w państwowych przedsiębiorstwach. Wszystkie te ruchy dają jedynie posmak kapitalizmu, bo na Kubie wciąż panuje komunizm. Nelson Blanco, dyrektor w dużym państwowym zakładzie przetwórstwa spożywczego, zarabia około40 dolarów miesięcznie, czyli mniej niż większość jego pracowników. „To sprawiedliwe rozwiązanie” – podkreśla - „Pracownik, który wykonuje pracę fizyczną, czyli najcięższą, zarabia najwięcej… ten, który pracuje na zewnątrz w skwarze, powinien zarabiać najwięcej, zgadzam się z tym” – mówi Blanco. Kubańska niemoc ekonomiczna jest spowodowana częściowo obecnością państwa we wszelkich gałęziach gospodarki, dlatego Castro ma nadzieję, że większy nacisk na prywatną inicjatywę wpłynie na wzrost produkcyjności i dobrej koniunktury. Castro zamierza wydać 250 tysięcy pozwoleń, ale prawdopodobnie będzie to zbyt mało. W końcu zwolni milion pracowników (20% całej siły roboczej) administracyjnych i musi stworzyć im jakieś miejsca pracy. Niewiadomo czy reformy te będą wystarczające, by zachować socjalizm przy życiu, ale kubański psycholog, który chciał pozostać anonimowy, powiedział, że wywierają one pozytywny efekt na społeczeństwie. „Wcześniej ludzie byli jakby umarli” – mówi – „ teraz przynajmniej zaczęli myśleć, tworzyć pomysły na biznes”. Przeciwnicy rządu narzekają jednak, że potrzebne są znacznie większe zmiany ekonomiczne łącznie z reformą polityczną i odejściem od jednopartyjnego systemu. Ale kubańska władza nie chce rozmawiać na ten temat. A jak twierdzi szewc, spotkany na ulicy, nie ma takiej potrzeby. „Kubańczycy myślą tylko o imprezach, ubraniach i korzystaniu z życia. Polityka czy wolność słowa nie jest dla nich istotna” – mówi. Źródło: www.baltimoresun.com (24.05.11)
|