Oczy Guillermo Farinasa
Maciej Stasiński, Gazeta Wyborcza
Nie Kościół i nie Hiszpania sprawiły, że z kubańskich więzień wychodzą więźniowie polityczni. Doprowadzili do tego dwaj Kubańczycy, którzy zaryzykowali własnym życiem. Jeden już je stracił. Drugi oby się przydał wolnej Kubie. W piątek wyszedł ze szpitala... Trzy tygodnie temu po długich negocjacjach z władzami kubański Kościół katolicki ogłosił, że dyktatura zwalnia więźniów politycznych. Na początek na wolność wyszło dwudziestu, choć musieli zgodzić się na emigrację do Hiszpanii. Później mają wyjść wszyscy dysydenci skazani Czarnej Wiosny 2003 roku. Wolni mają być także ci, którzy wyjeżdżać z kraju nie chcą. Rząd Hiszpanii obwieścił, że w ciągu kilku miesięcy Kuba zwolni w ogóle wszystkich więźniów politycznych, których do niedawna było blisko 200, i dlatego nadszedł czas, by Unia Europejska przywróciła z Kubą normalne stosunki dyplomatyczne. To nie Kościół katolicki wyjednał u Fidela Castro współczucie dla ludzi gnijących latami w kazamatach na wyspie, choć jego humanitarna troska okazała się pożyteczna. Więzienie ludzi za niezgodę na ustrój jest sensem dyktatury od 51 lat. Katolicy sami padali ofiarą jej totalitarnych zapędów, aż z biegiem lat Kościół katolicki na Kubie stał się słaby i bojaźliwy jak reszta Kubańczyków. Również nie rząd Hiszpanii przekonał dyktaturę, że ludzie myślący inaczej nie zasługują na więzienie. Przecież ten sam rząd od sześciu lat prosił bezskutecznie o to samo braci Castro właśnie po to, żeby Europa miała wreszcie powód złagodzić swoje stanowisko wobec Kuby. Sprawcami przełomu stali się dwaj Kubańczycy, którzy powiedzieli reżimowi "dość" i w sprzeciwie zaryzykowali już nie wolnością. ale życiem. Jeden, Orlando Zapata Tamayo, już nie żyje. W lutym zagłodził się na śmierć w celi, protestując przeciw maltretowaniu go przez reżim. Łysa czaszka drugiego z nich, wielkie oczy, wydatne usta oraz długi i chudy jak wyschnięty strąk fasoli nagi tors ilustrował doniesienia z Kuby niemal nieprzerwanie od lutego tego roku. W "Gazecie" okazywaliśmy podziw dla protestu człowieka, który godził się umrzeć za przykładem swego poprzednika, żeby inni już nie marli za to tylko, że chcą żyć inaczej niż z łaski komunistycznej dyktatury. Guillermo Farinas domagał się wypuszczenia chorych więźniów politycznych. Odmawiał przyjaciołom, rządom zachodnim i biskupom proszącym, by nie umierał, bo jako waleczny obywatel przyda się Kubie bardziej niż jako bohaterski trup. Powtarzał, że są chwile, gdy kraj potrzebuje męczenników, których przykład wstrząśnie opinią publiczną i sumieniami. Gasł z każdym dniem. Tracił przytomność z wycieńczenia. Lekarze ze szpitala w Santa Clara, gdzie został zaniesiony nieprzytomny, podtrzymywali go przy życiu, karmiąc dożylnie i lecząc z kolejnych infekcji. Byle tylko nie umarł jak Orlando Zapata Tamayo, którego lekarze więzienni nie zdążyli odratować. Reżim odmawiał "poddania się szantażowi", milczał i czekał, aż Farinas się podda. Kiedy ten "nie pękał", zaczął liczyć zyski i straty. W końcu bowiem Zapata Tamayo i Guillermo Farinas wytrącili z letargu i kubański Kościół katolicki, i świat zewnętrzny. Nie było dnia, by media na świecie nie mówiły o głodówce drugiego i nie przypominały śmierci pierwszego. A gospodarcza katastrofa wyspy stawała się coraz jawniejsza. I wtedy reżim uznał, że dalej mu się nie opłaca tkwić w uporze, że nie na rękę mu śmierć drugiego więźnia. Zapowiedzi kolejnych dysydentów, że przejmą pałeczkę głodowej sztafety, groziły kolejną lawiną potępień z zagranicy. Bunt internacjonalisty Teraz Guillermo Farinas powoli wraca do zdrowia. Wczoraj wyjechał na wózku inwalidzkim ze szpitala w Santa Clara - nadal nie może chodzić, lekarze nadal pilnują jego rehabilitacji. Wygląda na to, że wygrał po raz pierwszy w swoim 48-letnim życiu, w którym nie zaznał innej rzeczywistości niż dyktatura zwana Rewolucją. Urodził się trzy lata po zwycięstwie Wspaniałych Brodaczy nad zdemoralizowaną armią dyktatora Fulgencio Batisty. Gdyby dziesięć miesięcy później Nikita Chruszczow posłuchał Fidela Castro i wystrzelił z wyspy rakietę nuklearną na Stany Zjednoczone, Kuba spłonęłaby w atomowej pożodze, a Rewolucja na zawsze pozostałaby niepokalanym mitem. Stało się inaczej, a Farinas miał doświadczyć i zaświadczyć, jak rewolucja wyrodnieje w tyranię. Na razie jednak rodzice Farinasa nadal w nią wierzyli. Jego ojciec pojechał walczyć jako ochotnik pod rozkazami Ernesto Che Guevary w szaleńczej, zakończonej klęską, próbie wzniecenia wojny domowej w Kongo w 1965 roku. Rewolucyjne powołanie rodzinne zaprowadziło Farinasa już pod koniec szkoły średniej do szkoły kadetów, a potem jako 18-letniego kandydata na komandosa na studia w akademii ministerstwa obrony. Tam członków jednostek specjalnych szkolili oficerowie z bratnich armii rewolucyjnych, Chińczycy, Wietnamczycy i Koreańczycy. Służbę pełnił m.in. w ochronie ambasady Peru, do której w kwietniu 1980 wdarło się 10 tys. Kubańczyków, prosząc o azyl. Fidel Castro zgodził się wtedy na wyjazd z kraju wszystkich, którzy chcieli, a sam dołożył jeszcze licznych zwolnionych pospiesznie więźniów kryminalnych. Na Florydę odpłynęło wówczas ponad 125 tys. Kubańczyków. Farinas patrzył na nich pewnie z pogardą jak na zdrajców porzucających ojczyznę. Fidel Castro potrzebował jednak komandosów nie tylko do ochrony ambasad przed inwazją własnych obywateli czy aby strzegli wyspy przed najazdem imperialistów. Chciał, by wzniecali wojny rewolucyjne za granicą. I tak internacjonalista Guillermo Farinas pojechał na postkolonialną wojnę domową do Angoli, w którą Kuba włączyła się w 1975 roku. Został ranny, dostał kilka odznaczeń. Potem poleciał do Związku Sowieckiego, gdzie w akademii wojskowej w Tambowie zdobywał dalsze komandoskie szlify. Na zdjęciach w papasze z gwiazdą malowniczo komponuje się z Niemcami z NRD, Syryjczykami, Wietnamczykami, Mongołami i Rosjanami. I ta przygoda nie trwała długo. W czasie ćwiczeń został porażony gazem bojowym, trafił do szpitala, wrócił Kubę. Po roku jako niezdolnego do służby zwolniono go z wojska. Poszedł na studia na psychologię, na uniwersytet prowincji Las Villas. Jak sam mówi, zaczął interesować się nie uznawanym przez komunistów Freudem, a w dodatku spodobały mu się, jeszcze mniej uznawane przez Fidela, głasnost' i pierestrojka, które akurat zaczęły się w ojczyźnie socjalizmu. Dyplomowanym psychologiem zdołał jeszcze zostać w 1988 roku, ale już do konkursu na profesora akademickiego nie dopuszczono go już z powodu niedostatecznej lojalności politycznej. Nielojalności dowiódł rok później. Był sekretarzem związku młodzieży komunistycznej w szpitalu w Camajuani, gdy władze rozstrzelały za zdradę ojczyzny generała Arnaldo Ochoę, najwybitniejszego wojskowego kubańskiego, obsypanego laurami wodza wojny w Angoli. Farinas nie uwierzył w zdradę generała, a władze ostatecznie uwierzyły, że na Farinasie polegać nie można. Został wyrzucony ze związku oraz karnie przeniesiony do prowincji Sancti Spiritus. Stamtąd do szpitala w Hawanie, gdzie w 1993 r. pojawił się w asyście dziennikarzy sam Fidel Castro. Farinas wezwał go wówczas, by zobowiązał się do oddania remontowanego szpitala do użytku w obiecanym terminie. Castro miał się wściec, że napomina go publicznie ktoś niewyznaczony do występu. A dyscypliny trzeba było pilnować tym ostrzej, że po rozpadzie ZSRR ostatecznie pozbawioną sowieckich dotacji Kubę dyktator ogłosił ostatnią wyspą prawomyślnego socjalizmu. Zarządził, że pierestrojki nie będzie, choćby Kubańczycy mieli jeść robaki. Dla Farinasa to musiało się skończyć nieszczęściem. Kiedy dwa lata później, w 1995 r., oskarżył dyrektora szpitala o korupcję i sprzeniewierzenie pomocy z Europy, poszedł do więzienia na półtora roku. Za nielegalne posiadanie broni. Odebrano mu odznaczenia za Angolę. Potem dołożono kilka innych wyroków, m.in. za popieranie grupki dysydentów, entuzjastów Andrieja Sacharowa, którzy wciąż domagali się kubańskiej pierestrojki. Odbył wtedy pierwszą głodówkę protestacyjną. Na warunkowym zwolnieniu z więzienia poznał dysydentów Raula Rivero i Hectora Palaciosa, co ostatecznie zmieniło jego życie. W 2002 roku Farinas pobił się z agentem bezpieki. Wrócił do więzienia. Po kolejnej, 14 miesięcznej głodówce, władze znowu zwolniły go warunkowo. Wówczas, wzorem Raula Rivero, który w 1995 r. stworzył pierwszą niezależną agencję prasową Cuba Press i zaczął publikować za granicą, Farinas założył we własnym domu z kilkoma przyjaciółmi agencję Cubanacan Press. Teksty wysyłał za granicę z kafejki internetowej Cyber Café w Santa Clara. Kiedy cztery lata temu bezpieka zagrodziła mu drogę do kafejki, ogłosił kolejną głodówkę z żądaniem powszechnego dostępu do internetu. Leżał w domu, głodując z ustami zaszytymi na znak protestu przeciw cenzurze i niewoli informacyjnej, a dramatyczne zdjęcia jego wychudzonego ciała i zaszytych warg obiegły wówczas świat po raz pierwszy. Wtedy też posypały się zagraniczne nagrody, m.in. Reporterów bez Granic i miasta Weimar. Upomnieć się o życie Guillermo Farinas spędził w więzieniu w sumie 11 lat. Głodówka w obronie więźniów po śmierci Zapaty Tamayo jest jego 23. Uczynił z niej swoją broń bezsilnego, który nie może bronić się inaczej, bo albo siedzi w więzieniu, albo w domu, niby wolny, lecz skazany na niebyt. Dwa tygodnie temu odbyła się Madrycie promocja jego książki "Mapa strachu na Kubie". Farinas pisze: "Totalitaryzm używa strachu jako narzędzia panowania nad masami. Kultura strachu łączy się z apatią, obojętnością, wyobcowaniem, poddaństwem, biernością, wygodnictwem, rezygnacją i osobistym interesem. (...) Kultura strachu zapanowała na Kubie wraz ze zwycięstwem rewolucji i zawładnięciem wszystkimi środkami komunikacji, ogarnęła całe społeczeństwo. Masowe rozstrzeliwania, wsadzanie do więzień, wypędzenia z kraju służyły terrorowi stosowanemu okrutnie jako narzędzie politycznej władzy. Guillermo Farinas wygrał pierwszą potyczkę z dyktaturą, gdy na wolność wyszli polityczni więźniowie. Ale pierwsze i najważniejsze życiowe zwycięstwo odniósł wcześniej, gdy kilkanaście lat temu pozbył się strachu. Prawdziwie wolni dziś na Kubie są ci, którzy już się nie boją. Jest ich wciąż niewielu, ale to oni pokazują drogę. W lutym Farinas napisał list do prezydenta Raula Castro: "Panie Prezydencie, obu nas łączy jedno - urodziliśmy się na Kubie. Jako wyraziciele sprzecznych światopoglądów, Pan jako komunista i ja jako antykomunista, obaj uważamy się za patriotów. To znaczy, że ojczyzna powinna być ponad wszystkim. Naszym obowiązkiem patriotycznym jest zapobiec kolejnym niepotrzebnym śmierciom, jak ta Orlando Zapaty Tamayo. Pańscy rzecznicy usprawiedliwiają prześladowania nas tym, że jesteśmy najemnikami. Oświadczam Panu, że żaden najemnik nie ginie dobrowolnie za swoją ojczyznę jak Zapata". "Jaką krzywdę wyrządziły Kubańczykom te hymny partyzanckie, dzieje męczeńskie, pomniki bohaterów i bojowe hasła o śmierci za ojczyznę, ziemię, wolność albo co tam jeszcze, powtarzane przez wszystkie te lata! - napisał inny z mistrzów Farinasa w niezależnym dziennikarstwie Luis Cino. - Nie przyszła czasem pora upomnieć się o Życie? Mówię to głośno i wyraźnie. Zupełnie nie zgadzam się z Farinasem, gdy mówi, że Kuba potrzebuje męczenników. Dość już ich mieliśmy. Żeby naprawić ojczyznę, potrzebujemy bystrych, prawych i godnych ludzi. Guillermo jest jednym z nich. Trzeba go nam żywego. Źródło: www.gazeta.pl (31.07.2010)
|