Artykuły z prasy polskiej i zagranicznej
Artykuły niezależnych
dziennikarzy kubańskich

 














 
Rysunki kubańskich dzieci
 
Trinidad
 
Hector Palacios Ruiz w Polsce
    2012-05-08
Meble IKEA i kubańska siła robocza

    2012-05-03
Dysydent zwolniony warunkowo

    2012-04-27
Facebook marzeniem młodych Kubańczyków

Strona główna  » Artykuły » Pamięć liczona w gigabajtach                 
Pamięć liczona w gigabajtach

  James Scudamore

Będąc w Hawanie, gdy ni z tego ni z owego okazało się, że mam pomóc zaopatrzyć pewną imprezę w wikt, tęgi, jowialny architekt o imieniu Rafael podszedł i zapytał, czy słyszałem o Radiu Bemba.

To kubański głuchy telefon. Bemba w słowniku slangowym oznacza duże usta. Wyrażenie pochodzi od sposobu, w jaki Fidel Castro komunikował się w latach 50. ze swymi towarzyszami budującymi rewolucję w Sierra Maestra. Dzisiaj, w kraju gdzie jedynymi oficjalnymi mediami są te kontrolowane przez rząd, Radio Bemba - komunikacja z ust do ust – jest, jak na razie, najszybszym (i często najbardziej wiarygodnym) sposobem uzyskania informacji na tematy wszelkie: od koszykówki, przez plotki na temat gwiazd, po wiadomości o ostatnich ucieczkach do USA.

Zapasy żywności na imprezie skończyły się jakiś czas temu, ktoś w drugim końcu mieszkania przejął rolę DJ i zaczął puszczać muzykę z laptopa. Rafael przybrał odpowiednio konspiracyjny ton, mimo że poziom głośności w pokoju uniemożliwiał swobodne porozumiewanie się: „Słuchaj” mówi Rafael pochylając się w moją stronę „powiem ci coś, o czym pewnie w życiu nie słyszałeś…”.

Przyjechałem do Hawany, bo międzynarodowe Radio Bemba podawało, że Kuba się zmienia, a proces ten nabiera tempa, odkąd młodszy brat Fidela przejął władzę w 2008 roku. Chciałem zobaczyć, czy to namacalna zmiana – a jeśli tak, czy następuje dość szybko, by zadowolić ludzi, i wystarczająco wolno, by pozwolić rządzącym utrzymać się przy władzy.

Niegdyś jednymi z najbardziej wyraźnych sygnałów, które mówiły, że wylądowałeś w Hawanie, były przydrożne billboardy, które w wielu krajach byłyby pierwszorzędnym miejscem reklamowym, tu są areną propagandy. Podczas mojej ostatniej wizyty w 2008 roku wciąż atakowały George’a Busha i jego plan, by „Zniszczyć To, Co Osiągnęliśmy”. Pamiętam też przykłady pro-ekologicznych plakatów: „Zobacz, co Ten Głupi Kapitalizm Zrobił Naszej Planecie”. Były też zawsze aktualne hasła wzywające do zwolnienia przez USA pięciu Kubańczyków oskarżonych o szpiegostwo. Ale pomijając zaczepne slogany, były też i niektóre całkiem przekonujące, szczególnie te odnoszące się do edukacji i opieki medycznej: „10 milionów dzieci umiera co roku na świecie na możliwe do zapobieżenia choroby. Żadne z tych dzieci nie mieszka na Kubie”.

Na drodze z lotniska do centrum bardzo chciałem dowiedzieć się z plakatów, jak reżim Castro stawia czoła światu w 2011 roku. Ale z okna wynajętej Kia – niestety nie Buicka czy Chevroleta utrzymywanego przy życiu za pomocą gumowych pasków i radzieckich części – zauważyłem inny krajobraz. Naturalnie wciąż była to Kuba, którą zapamiętałem – niemożliwy do niezauważenia brak samochodów; towarzyszące temu powszechne zjawisko podróżowania autostopem; flota pękających w szwach autobusów Yutong dostarczanych przez Chińczyków – ale też zauważalny spadek ilości plakatów, a te które pozostały, były pożółkłe i wyblakłe. Znajdowały się na nich znane hasła: Socialismo O Muerte! Venceremos!, oraz widokówki z Ernesto Che Guevarą i Camilo Cienfuegosem, choć te łatwiej zignorować, niż rdzę historii, która je nadgryzła.

Po rozpakowaniu plecaka, poszedłem na drinka z Lázaro, od którego nieoficjalnie wynajmowałem pokój. Ten potwierdził moje podejrzenia. „Plakaty im starsze i bardziej sfatygowane są zdejmowane, a w ich miejscu nie pojawiają się nowe”. „Czy to dlatego, że ludzie ich już nie tolerują?” – zastanawiałem się – „Czasy są ciężkie a rząd nie chce prowokować?”„Być może” – odpowiedział –„ale poza tym nowe są zbyt kosztowne”.

Pogadaj z jakimkolwiek Kubańczykiem poniżej 35 roku życia, a jeśli się jeszcze napije i poczuje, że może ci zaufać, odkryjesz w nim bardziej sfrustrowanego niż upolitycznionego obywatela. Znudzenie i zakłopotanie to ich reakcja na pytania o rewolucję. Niekoniecznie wynikają one z obawy, że władza ich usłyszy, a raczej z potrzeby pójścia naprzód, bo rewolucja to zbyt stara sprawa. Kubańczycy cierpią od lat i wydają się nieskończenie zaradni, ale czasami chcieliby, by dano im już spokój.

Wijąca się ostatnio oficjalna linia Partii potęguje zniecierpliwienie społeczne: wraz ze zmianą reguł, ludzie zaczynają dostrzegać to, czego byli pozbawieni przez tyle lat. Będąc tak długo w uścisku władzy, dopiero teraz odkrywają nowe pole manewru.

Przespacerowałem się Obispo, ruchliwą ulicą handlową w Starej Hawanie. Cysterna z wodą o mały włos nie zamieniła się w betoniarkę, przed czym uchronili ją rozgorączkowani robotnicy. Cysterna to znajomy widok  - gospodarka wodna to całodobowy interes, jako że wodociągi co drugi dzień dostarczają wodę do wielu domów. Ale widok robotników ratujących wszechobecne, zbutwiałe fasady kolonialnych kamienic przed zderzeniem z cysterną był odświeżająco nowy. To jednak nie wszystko.

Na ulicach spotkać można jineteros, naciągaczy polujących na turystów, którym składane są na ucho obietnice tanich cygar, lub którym snute są bogate opowieści w nadziei na większy zysk. Eleganckie panie finezyjnie przebrane w białe stroje wyznawczyń santerii, czekają na okazję do zrobienia zdjęcia. Ale zobaczyć też można mieszkańców z telefonami komórkowymi w ręku.

Byłem na Kubie 3 lata temu, kiedy świeżo upieczony prezydent Raul Castro odrobinę złagodził pewne ograniczenia, pozwalając Kubańczykom na posiadanie sprzętu elektronicznego i umożliwiając im wstęp do hoteli. Z dnia na dzień, basen w kształcie trumny w zbudowanym przez bosa mafii, Meyera Lansky’ego, Hotelu Riviera, zamienił się ze spokojnego brodzika dla spieczonych turystów we wściekły jazgot lokalnych dzieciaków skaczących do głębokiej wody, i pożerających kawałki pizzy przy płytkim brzegu. No i z dnia na dzień, ludzie zaczęli otwarcie pokazywać się z komórkami w ręku.

Tak więc nie byłem zdziwiony, że teraz były one wszędzie – nawet te najnowocześniejsze umożliwiające wejście do Internetu można zobaczyć na wystawach, mimo że Kubańczycy nie mają dostępu do sieci. Nie to mnie jednak zaskoczyło. Sęk w tym, że nikt nie mógł sobie pozwolić na korzystanie z telefonów komórkowych. Minuta połączenia kosztuje około 40 CUC, tak więc jeśli średnia miesięczna pensja to ok. 25 dol., w ciągu godziny można przepuścić całą wypłatę. A co na to Kubańczycy?

Gloria, znajoma Lázaro, na bardzo aktualnym przykładzie pokazała, jak pięknie Kubańczycy adaptują się do parametrów wyznaczanych przez kapryśną władzę. Jeśli wiadomość tekstowa to luksus, na który nie możesz sobie pozwolić, to nieodebrane połączenie jest sposobem na okazywanie uczuć. To naturalne, że Gloria nie odbierze telefonu od chłopaka, gdy ten dzwoni. On daje jej tylko znać, że o niej myśli.

Ktoś powiedział mi, że jeśli naprawdę chcę zrozumieć, jak zmienia się Kuba, powinienem odwiedzić fryzjera Papito. Poszedłem na cichą uliczkę Starej Hawany, gdzie każdy dom przechodził proces restauracji. Niektóre dosłownie waliły się na oczach, choć roboty budowlane były zaawansowane: tak wygląda programu renowacji, dzięki któremu niektóre śmiertelnie zaniedbane budynki wracają do życia.

Dotarłem do bramy, która z pewnością była wejściem do domu Papito. Dwa kurczaki zamknięte w odwróconej skrzynce gdakały cicho. Kilka dzieciaków, które grały w baseball na ulicy, podprowadziły mnie do drzwi. Na końcu ulicy ukazał się imponujący cień pomnika generała Maximo Gomeza. Za nim, co jakiś czas fale oceanu wystrzeliwały w górę i opadały na samochody toczące się po Maleconie.

Wejście było dyskretne. Na drzwiach nie ma szyldu, jest tylko tabliczka upamiętniająca dokonania Gilberto Vlladares Reiny, znanego jako Papito. Dzięki temu odwiedzający wie, że nie ma do czynienia ze zwykłym golibrodą. Wystarczy wejść po skrzypiących schodach, by zaraz potem odsłonił się pełen obraz. To nie jest zwykły salon, ale galeria sztuki (temat: fryzjerstwo). To także muzeum historii społecznej, gdzie eksponatami są stare aparaty fotograficzne i maszyny do pisania (no i narzędzia fryzjerskie), które w innej części Hawany wciąż mogą być w użyciu. Jest tu również szkoła fryzjerska.

„Fryzjerstwo uratowało mnie” – mówi Papito - dobrze zbudowany, charyzmatyczny cyrulik paradujący z zawieszonym u boku zadziwiająco skomplikowanym pasem na narzędzia. „Nienawidziłem szkoły. Często wagarowałem. Wpadłem w tarapaty. I gdyby nie pomoc kogoś, kto nauczył mnie tego fachu, myślę, że byłbym teraz w jeszcze większych opałach. Dlatego pomyślałem, że dobrze, jeśli teraz inni skorzystają z moich zdolności”.

Papito obecnie szkoli 11 uczniów, wszyscy zrekrutowani na opuszczonych ulicach Hawany. Właśnie otworzył drugi salon na przeciwko, gdzie uczniowie uczą się zawodu, a w kolejnym, trzecim lokalu, drugą galerię sztuki, która spełnia również rolę otwartej dla wszystkich sali gimnastycznej. Papito w pewnym sensie jest społecznym potentatem, którego wyróżnia to, że, po pierwsze, każdy z jego  lokali ma podwójne zastosowanie, po drugie, każdy z jego biznesów przynosi pożytek całej społeczności lokalnej. Co tłumaczy dlaczego, podejrzliwe na początku państwo, w końcu z entuzjazmem usankcjonowało jego projekt. „Jeśli widzą, że tego rodzaju społeczna działalność przynosi korzyść wszystkim, będą lepiej przygotowani na kolejną, ale muszą widzieć przykłady” – tłumaczy Papito.

Papito wytycza nową ścieżkę. Kuba znacjonalizowała handel w 1968 r. Jakakolwiek forma prywatnej przedsiębiorczości, od wynajmowania pokoju w domu po sprzedaż bananów ze straganu, mogła być uznana za „spekulację”. Wszyscy łamali prawo. Chcąc przetrwać, nie mogli nie łamać, ale jeśli jakieś ‘wiarygodne źródło’ doniosło na ciebie, byłeś w niezłych tarapatach. Jednak od 2010, w obliczu zwolnień w publicznym sektorze, rząd ostrożnie pobudza drobną przedsiębiorczość. Wszystko dzieje się powoli, częściowo dlatego, że nie jest łatwo wykorzenić biurokratyczne nawyki.

Zmienny język propagandy państwowej nazywany jest Granmatica. A od kiedy pojawiły się plany reform ulubionym ostatnio wyrażeniem propagandy jest „modernizowanie rewolucji”. Reformy te narodziły się z konieczności: zmiany są wprowadzane nie dlatego, że rząd ich chce, ale dlatego, że musi. Kubańska zaradność dotyczy zarówno tych na wysokich stanowiskach, którzy poszerzają definicję rewolucji, jak również takich, jak Papito, który najbardziej skorzysta z nowego powiewu przedsiębiorczości, ponieważ tacy jak on, są najbardziej przygotowani do przetestowania zakresu wytrzymałości kubańskiej rewolucji. Tak jak dotychczas, Kubańczycy ewoluują, adaptują się i korzystają z sytuacji ile się da. Mimo wszystko, kiedyś czasy były gorsze.

Wracając do imprezy: jest to nieduża, typowa piątkowa nasiadówka organizowana przez właściciela mieszkania dla jego przyjaciela i ludzi ze studiów. (W mieszkaniu mieszka jego matka, babka, siostra i jej chłopak – wieczorne wyjście z domu jest poza dyskusją, bo nie ma gdzie pójść). Goście to zarówno studenci jak i nauczyciele każdej możliwej dyscypliny od fizyki przez literaturę po muzykę. Powodem, dla którego zaangażowałem się w organizację przyjęcia, była oferta zakupu jedzenia i możliwe do przewidzenia trudności w jego zdobyciu.

Poszukiwanie produktów żywnościowych może być skomplikowane, szczególnie, gdy chcesz kupić coś, co nie jest na kartki. Ale kiedy próbowałem kupić dla Lázaro praktyczny prezent w postaci żarówek, odkryłem ciekawą strategię zakupową, która mówi, by podążać za famą, która rozchodzi się z jednego marketu na drugi. Normalnie częstą odpowiedzią, którą wciąż słyszy się w sklepach, zresztą w restauracjach również jest: No hay. (Nie ma).

Upchałem do torby umiarkowaną ilość chipsów i krakersów oraz szynkę i ser zakupiony w sklepie dewizowym. Kiedy moje zapasy się skończyły, rum zaczął już działać, a nasza gospodyni, jak zawsze pomysłowa, upichciła smakowite przekąski w postaci chicharos (smażony na głębokim oleju groch w cieście). Wtedy też zacząłem rozmawiać z architektem Rafaelem.

„Chicharos” – z zadumą w głosie mówi Rafael – „w czasie Okresu Specjalnego było to prawie nasze jedyne pożywienie. Nie mogę powiedzieć, że przymieraliśmy głodem, ale byliśmy bliscy”.

Wraz z upadkiem Związku Radzieckiego w 1991 roku, Kuba weszła w okres kryzysu. Fidel nazwał go „Okresem Specjalnym w czasie pokoju”. Zapaść gospodarcza była ogromna: dostawy radzieckiej ropy, która pokrywała w 90-ciu procentach zapotrzebowanie krajowej energii, w jednej chwili zostały wstrzymane, podobnie jak innych surowców, żywności i nawozów. Nawet radzieckie tankowce z pszenicą zostały zawrócone. Cukrownie, które sprzedawały swój produkt po śmiesznie nadmuchanych cenach, zostały rozebrane (a teraz rdzewieją kompletnie opuszczone). Przerwy w dostawie prądu oraz dotkliwe braki żywnościowe, które przyspieszyły decyzję reżimu, by rozbudzić na nowo turystykę, spowodowały zwrot ku rolnictwu samowystarczalnemu i dolaryzacji gospodarki.

Trudno wyrzucić z pamięci wspomnienia tamtych czasów, dlatego niezmienny jest niepokój o pożywienie i obawa przed neoliberalną globalizacją. Władza po raz pierwszy od wybuchu rewolucji, pozwoliła na rozwarstwienie społeczeństwa przez dolara. Styl życia przestał zależeć od wkładu pracy.

„ Tak więc” – Rafael kontynuuje swoją opowieść –„ twój brat w Miami przesyła ci co miesiąc 100 dolarów, a zatem o wiele więcej niż to, ile byś zarobił pracując”. (Rafael zarabia 300 dolarów rocznie). „Nie tylko nie musisz pracować, ale masz lepszy standard życia niż ci, którzy pracują. Twoja pozycja zmienia się z dnia na dzień. Bardziej powodzi się temu, który nic nie robi”.

Oto jak system się załamuje. W jednej chwili parkingowy lub kanapowy leń ma pięć razy więcej pieniędzy niż nauczyciel czy chirurg. Dlatego podstawowymi źródłami dochodu, jeśli chcesz wieść godne życie na Kubie, są obcokrajowcy: albo wynajmujesz im swoje ciało, albo pokój w swoim domu, albo dostajesz pieniądze od kuzyna z Miami. A ponieważ imigranci z Miami to raczej biali Kubańczycy, ich przekazy nigdy nie trafiają do czarnej populacji, co wzmacnia pewien wciąż obecny poziom nierówności rasowej.

„Nigdy nie było tutaj gangów ulicznych, ponieważ ludzie nie czuli się społecznie wykluczeni” – mówi Rafael. „Ale teraz sytuacja jest inna. Powiedzmy, że jestem twoim sąsiadem. Widzę jak chodzisz do sklepu dewizowego, widzę jak twoje dzieci jedzą czekoladę. Nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły i jedzą ten sam mizerny obiad. Dlatego dajemy im drugie śniadanie. Ja mogę sobie pozwolić tylko na suchą bułkę. Twoje dzieci mają gazowane napoje i kanapki. Oto co stało się z kubańskim społeczeństwem. Zostało podzielone na pół. No i pojawiło się niezadowolenie”.

Słuchając Rafaela, przypomniały mi się opowieści o tym, do czego może prowadzić niezadowolenie społeczne. Jest truizmem powiedzenie, że Kuba jest bliższa krwawego odwetu niż politycznej walki. Większość rodzin jest w pewien sposób rozczłonkowana poprzez ciągły exodus bliskich do lepszego świata. Tym, którym uda się przeskoczyć na drugi brzeg bezpiecznie, często podejmując ryzykowaną podróż á la balseros, którzy na skonstruowanych przez siebie tratwach i łódkach uciekają corocznie w liczbie mierzonej w tysiącach, mogą dziękować miłosierdziu natury. Dzięki polityce „suchej i mokrej stopy”, każdy Kubańczyk, który stanie na amerykańskiej ziemi, automatycznie dostaje paszport USA.

Historycznie, stanowisko emigracji z Miami względem reżimu było inspirowane przez głośną i silną politycznie grupę zażarcie przeciwną zniesieniu amerykańskiego embarga, obawiającą się, że tego typu posunięcie może doprowadzić do rozrostu burżuazji, która uczyni Castro silniejszymi.

Słuchając Rafaela przypomniała mi się rozmowa z Lázaro, która z kolei nasunęła mi pewną myśl a propos tej rodzinnej wendety: kolejne pokolenie dzieci może pewnego dnia pojechać do swych kuzynów i zachodzić w głowę, na czym polegał cały ten ambaras. Dlaczego?

Dzięki rozluźnieniu polityki podróżowania wprowadzonej przez administrację Obamy, liczba Kubańczyków ze Stanów latających na wyspę wzrosła do 1000 na rok. Lázaro powiedział mi, że gdy jego kuzyni przyjeżdżają w odwiedziny, jakiekolwiek dysputy mają bardziej podłoże oparte na zazdrości niż wrogości: „Emigranci zazdroszczą wyspiarzom, ponieważ ci siedzą cały dzień i nic nie robią. Tymczasem my widzimy ich, jak wpadają tu na chwilę, próbują nam wcisnąć trampki, które my wiemy, że wyszły już z mody, i myślimy sobie, dlaczego ci narzekają, skoro są wolni”.

Także to nie poziom jadu charakteryzuje dyskurs po obu stronach Zatoki Świń. Dwie strony nie wymieniają się poglądami politycznymi, tak jak wykradzionymi grami Play Station czy pirackimi wersjami South Parku. Oni tylko rozmawiają ze sobą.

Tutaj wracamy do Radia Bemba. Rozmawiam z Rafaelem o tym, jak słowo rozprzestrzenia się na Kubie, a kiedy nasza konwersacja zmierza ku Internetowi, zaczynam się zastanawiać, jak trudno musi tu być z dostępem do sieci, przy tak ograniczonych możliwościach i groszach w kieszeni. „Chcesz mi powiedzieć,” – mówi Rafael – „że nie słyszałeś o kubańskim Internecie”. Potrząsam głową. On mi na to: Radio Bemba. Pozostałe osoby, które przysłuchują się rozmowie, zaczynają rzucać przykładami: „Jak podaje Radio Bemba, na bazarze przy 23 i 12 ulicy rzucili wieprzowinę”. „Radio Bemba podaje, że minister edukacji stracił stanowisko.” „Fidel jest w szpitalu”, jeśli wierzyć Radiu Bemba.

„I jak ci się wydaje, co jest najbardziej przydatną rzeczą teraz na Kubie?” – pyta Rafael, i nie czekając, odpowiada: „Pamięć USB”.

Radio Bemba zostało zdigitalizowane. Zaledwie 2 procent społeczeństwa ma dostęp do sieci (choć to może się zmienić dzięki niedawnej dostawie światłowodu przez compañero Cháveza), ale to nie jest ważne. Nie potrzebujesz Internetu, by odbierać Radio Bemba. Wiadomości mogą się trochę zdezaktualizować, zanim do ciebie dotrą, ale ważne, że krążą. Stosy plików html z informacyjnych portali internetowych są zapisywane na pendrive’ach, przywożone do kraju i rozprowadzane z ręki do ręki. Pamięć USB i płyty DVD stały się nowymi narzędziami przekazu, tak jak kiedyś magnetofon, który przetrwał na Kubie wtedy, gdy wszędzie indziej stał się przeżytkiem. Tak jak DJ dociera do muzyki, w ten sam sposób Rafael dociera do informacji.

„W styczniu 2010 roku” – mówi Rafael – „dwudziestu sześciu pacjentów Szpitala Psychiatrycznego w Hawanie zmarło wskutek wyziębienia. Ale wiadomość ta nie była w ogóle przedstawiona w państwowych mediach, ponieważ służba zdrowia to duma kubańskiej rewolucji. A jak my się dowiedzieliśmy?”

„Radio Bemba” odpowiadam wraz z chórem innych zgromadzonych. Rafael rozgląda się z zadowoleniem po sali, i nagle zmienia konspiracyjny ton. „To może być cokolwiek” – mówi – „Coś faszystowskiego. Coś destabilizującego. Albo zwykły przepis, piosenka czy materiał filmowy”- uśmiecha się i podrzuca chicharo do ust. „Chodzi o to, że wszystko, czego potrzeba, to druga osoba”.

 

James Scudamore, The importance of memory stick, Inteligent life, Lato 2011

Tłum. AG

 

   powrót na górę strony                 
   
© 2006 Solidarni z Kubą Projekt i wykonanie: EPOX Interactive Media House