Brudne ręce Hawany
Marcin Sarna
Z Varadero do Hawany wjeżdża się od strony wschodniej, mijając wielką metalową tablicę z odrapanym napisem: Habana del Este. Podwodny tunel wyprowadza chwiejny, mocno zaawansowany wiekowo mikrobus biura podróży na jedenastokilometrowy Malecón. Miasto jest opustoszałe, jakby szykujące się do odpoczynku po gorącym, intensywnym, bogatym w wydarzenia dniu. Wzdłuż Maleconu gromadzą się grupki ludzi. Jedni wyciągają się leniwie na rozgrzanym betonie, inni poruszają w rytm bębenków przy zachodzącym słońcu, pary zaczynają się do siebie zbliżać. Dochodzi ósma wieczorem. Dwanaście godzin wcześniej, skoro świt, w tym samym miejscu, milion dwieście tysięcy ludzi – jak podają oficjalne źródła, kubańska telewizja i prasa, dzienniki Granma i Juventud Rebelde , główne tuby propagandy castrowskiej – przeszło wybrzeżem w marszu proteście przeciwko międzynarodowemu terroryzmowi. Takie manifestacje narodowej siły, dumy, jedności koncentrują się przy znajdującym się na Malecónie budynku Sekcji Interesów Stanów Zjednoczonych, w stronę którego okien skierowane są ostentacyjne napisy treści „Żądamy sprawiedliwości”, „Zwyciężymy”. 17 Maja 2005, to data, jaką Kubańczycy będą z pewnością długo wspominać, gdyż według tych samych oficjalnych źródeł, „gigantyczny marsz” był jednym z największych w historii.  (fot. tow.)
Hello, my friend! - dobiega z roześmianych ust kilkunastoletniego czarnego chłopca. Po kilku pierwszych krokach na Malecónie usłanym papierowymi kubańskimi flagami, przewodnikowe dobre rady, by nie rozmawiać z nadto przyjaznymi, na zaczepki reagować uśmiechem, nie wdawać się w dyskusje, zwłaszcza o polityce, mogą zostać wprowadzone w użycie. Wyciąga dłoń i poklepuje po ramieniu. „Skąd jesteś, gdzie mieszkasz?” - pyta, „Tam jest najlepszy w mieście bar, sześćdziesiąt dziewczyn, wszystkie dla ciebie” - poleca wskazując palcem na ginący w ciemnościach neobarokowy budynek po drugiej stronie ulicy. Na takich jak on, na Kubie mówi się jineteros , parają się świadczeniem najróżniejszych usług, potrafią zadbać o cygara, rum, dziewczyny. Istnieje również ich odpowiednik żeński, kobiety umilają czas swoim towarzystwem przy kolejnym mojito , mogą zostać wprowadzone do pokoju hotelowego, ale tylko po uprzednim uzgodnieniu ceny z ochroną hotelu. Jest to nielegalne, dlatego potrzebne są pieniądze, czterdzieści dolarów zamyka usta i wszyscy kończą zadowoleni. Do dwudziestego maja, czyli dnia, w którym w Río Verde na przedmieściach Hawany, w posiadłości kubańskiego dysydenta Félixa Bonné Carcassés, zwołany został przez Martę Beatriz Roque ze Zgromadzenia na rzecz Promocji Społeczeństwa Obywatelskiego, opozycyjny Kongres, zostały trzy dni. Do tego czasu można spróbować spotkać się i porozmawiać, z kim się da. Lista nazwisk jest długa, na niej znajdują się niektóre ofiary reżimu, przebywający aktualnie na wolności opozycjoniści. Adresy są bardzo różne, niektóre poza Hawaną. Trzeba tam dotrzeć wzbudzając jak najmniej podejrzeń, nie dojeżdżając bezpośrednio do celu, zmieniając na trasie taksówki, zatrzymując się po drodze na kawę, żeby zgubić ewentualny ogon. Choć nawet najlepiej zorganizowana konspiracja nie gwarantuje sukcesu. Tutaj każdy na każdego patrzy, nigdy nie wiadomo, kto może donieść. W przypominających slumsy chaotycznie poustawianych posowieckich blokowiskach gminy Alamar – zaraz niedaleko Cojímar, gdzie finka Hemingwaya „Vigía”, niekonserwowana oczekuje cierpliwie aż pochłonie ją czas - mieszka Berta Soler Fernández, żona Angela Moya Acosty, jednego z siedemdziesięciu pięciu skazanych po masowych zatrzymaniach, jakie Fidel zorganizował w marcu 2003 roku. Obecnie jej mąż odbywa rekonwalescencję po poważnej operacji kręgosłupa, jaką przeszedł osiem miesięcy temu w szpitalu w Hawanie. „Nie czuje się dobrze ani swobodnie, chce wrócić do wiezienia” - mówi Berta – w Sali szpitalnej bez przerwy czuwa przy nim dwóch strażników, dwaj następni stoją na zewnątrz. Pierwszy raz Angel został skazany w 1999 roku na rok więzienia i dziesięć lat wysiedlenia z prowincji Hawany za rozdawanie ulotek, czyli brak szacunku i nieposłuszeństwo wobec władzy, jak ta podała w uzasadnieniu. Berta przestudiowała kodeks karny i potrafiła udowodnić, że wydany na męża wyrok był bezprawny. Udało się, dziesięcioletni wyrok wysiedlenia został anulowany. Od tamtego czasu Angel Moya na wolności spędził w sumie dwa miesiące, gdyż zamykany był regularnie pod jakimkolwiek pretekstem, najczęściej za „działalność kontrrewolucyjną”. Od marca 2003 roku odsiaduje wyrok dwudziestu lat w więzieniu Las Mangas w prowincji Granma. „Mam żal do męża - przyznaje Berta – muszę być matką i ojcem dla dwójki dzieci, a to nie jest łatwe. Ale mam nadzieję, że niedługo się to zmieni” - dodaje. Samotnej kobiecie nie jest łatwo, zwłaszcza od kiedy odwrócili się od niej znajomi i sąsiedzi, którzy wolą nie mieszać się w „te” sprawy. Z reżimem lepiej nie zadzierać, dlatego niektórzy wybierają milczenie, udawanie, że wszystko jest w porządku. Co tydzień, po niedzielnej mszy w kościele Santa Rita de Casia w dzielnicy Miramar, żony i matki uwięzionych maszerują w ciszy wzdłuż hawańskiej Piątej Alei, ubrane na biało. Przewodzi im Laura Pollán, żona Héctora Maseda również skazanego na dwadzieścia lat więzienia. „My, Kobiety w Bieli, jesteśmy ideologicznie i religijnie niezależne – zaznacza Berta – jedyne, o co walczymy, to o uwolnienie naszych mężów i synów, o sprawiedliwość i wolność”. Każdego miesiąca spotykają się w umówionym miejscu, żeby rozmawiać o rodzinach, bieżących wydarzeniach, omawiać plan działania. Na ich wsparcie może liczyć również Berta. 
Z dziewiętnastego piętra hotelu Riviera rozpościera się widok na całą Hawanę. Jak to wszystko ogarnąć? Ile czasu trzeba spędzić w tym mieście żeby, choć trochę zrozumieć reguły gry, zbliżyć się do tego, czym ono jest? Patrząc z perspektywy przedostatniego piętra hotelu na pastelowe, odrapane, nadgryzione przez wilgoć i pokryte patyną budynki, czarne punkty przemieszczające się między nimi albo wyglądające z okien zasłoniętych przez suszącą się bieliznę, ciężko znaleźć odpowiedź na kłębiące się w głowie pytania. Żeby mieć szansę cokolwiek zrozumieć, trzeba by pożyć wśród tych ludzi dłuższy czas. Ale czy tutaj w ogóle da się żyć? Kubański pisarz Pedro Juan Gutiérrez, hawańczyk z urodzenia, znający swój kraj i swoje miasto jak mało kto, w „ Brudnej trylogii o Hawanie ” pisze, że „ żeby żyć w tym kraju, trzeba być wariatem, alkoholikiem albo w ogóle się nie budzić”. To odważne słowa, tak samo jak mówienie wprost o tym, że jest tutaj klaustrofobicznie, nieufnie, duszno i śmierdząco, jak w domu, gdzie mieszka narrator opowieści Gutiérreza. Hawana jest ruchomym skansenem. Zdroworozsądkowe zrozumienie funkcjonowania tego miasta wydaje się niemożliwe. Fantasmagoryczne domy, których data ważności do bycia zamieszkanymi już dawno minęła stoją wszędzie, po ulicach jeździ wszystko, co ma koła, poskładane własnoręcznie, fragmentaryczne pojazdy, stare łady, emerytowane małe fiaty, stetryczałe kamazy, szerokie w barach amerykańskie krążowniki, samochody, które wyszły z obiegu gdzie indziej, tutaj są powodem do dumy ich właścicieli, mkną żwawo po zdezelowanych drogach pozostawiając za sobą czarną smugę dymu. Po wąskich uliczkach Starej Hawany chodzą ludzie, których poruszanie się to wielki znak zapytania. Jak oni to robią? Mają co jeść, jeśli sklepy są tym, co najmniej rzuca się w oczy? Czy witaminy dostarczane przez moros y cristianos , czarną fasolę z białym ryżem, to wystarczające źródło energii? Hawana jest wspomnieniem czegoś, co minęło, jeśli kiedyś była tutaj świetność, zastygła w porewolucyjnej naftalinie. Ulica jest relatywnie bezpieczna, bo Kuba to kraj policyjny, na każdym kroku stoi umundurowany funkcjonariusz policji albo bezpieki, nie ma więc czego się obawiać - chyba, że właśnie ich. Hawana minęła i trwa równocześnie, jest schizofreniczna i tak absurdalna, że aż perwersyjnie fascynująca. W czwartek dziewiętnastego maja mamy umówione spotkanie z Oswaldo Payá Sardiñasem, legendarnym już dzisiaj kubańskim opozycjonistą. Jak twierdzi polski ambasador, Oswaldo często się spóźnia, dlatego musimy liczyć się z tym, że i tym razem tak będzie. Ale w jego przypadku, przyczyny niestawienia się na czas mogą być najrozmaitsze, nie wyłączając tych najbardziej ponurych. Tym razem jednak przychodzi na czas. Niewysoki i niepozorny, ma przekrwione oczy, może ze zmęczenia, ostatnie i następne dni były i będą intensywne. Siadamy i zaczynamy rozmawiać. Mówi szczerze. Laureat Nagrody Sacharowa z 2002 roku jest przeciwny mającemu odbyć się jutro kongresowi. Kubańska opozycja znajduje się w trudnej sytuacji, jest podzielona, a wewnętrzna niezgoda w temacie sposobu walki z castrowskim reżimem, stworzyła dwa obozy. Odwaldo kierujący Chrześcijańskim Ruchem Wyzwolenia (MCL), autor Projektu Vareli, stawiającego sobie za cel zorganizowanie na wyspie referendum w sprawie reform, uważa pomysł organizacji kongresu za prowokację i niepotrzebne drażnienie bestii. Ostro i stanowczo krytykuje Martę Beatriz Roque. Także twierdzi, że posiada dowody na to, iż niektórzy z uczestników spotkania kolaborują z reżimem. Zatrzymania miały miejsce w nocy z czwartku na piątek czasu hawańskiego i zostały przeprowadzone profesjonalnie. Dyskretnie i bez zbędnego szumu, kiedy mieszkańcy hotelu kładli się spać albo bawili przy głośnej muzyce w którymś z hotelowych lokali, służby emigracyjne dostały rozkaz założenia białych rękawiczek. Zostaliśmy zwiezieni na dół windami dla personelu. Turystów nie należy niepokoić, przecież to ich pieniądze utrzymują ten kraj. W obecności niewysokich panów w mundurach, mogłem jeszcze zwinąć papierową flagę kubańską i schować ją do torby. Tę z Malecónu, znalezioną siedemnastego maja po „gigantycznym marszu”, a którą upuścił może i sam wielki zawiadowca. Fidel Castro musi być kustoszem jakiejś wielkiej, niedosięgłej innym tajemnicy – myślałem mijając Plac Rewolucji podczas drogi na lotnisko José Martí w Hawanie, gdzie czekało nas kolejnych kilka godzin niepewności. Bo kto potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakim sposobem udało mu się ponad czterdzieści pięć lat temu, kiedy obejmował władzę, zatrzymać czas, i tamtą rzeczywistość przenieść tutaj, w XXI wiek. Rano okazało się, że lecimy samolotem z oddalonego o niecałe dwie godziny od Hawany Varadero. Po drodze na lotnisko mijaliśmy hawański szpital psychiatryczny, niedaleko Río Verde, gdzie znajduje się posiadłość Félixa Bonné, i gdzie właśnie rozpoczynał się Kongres na rzecz Promocji Społeczeństwa Obywatelskiego, czyli dla nas wydarzenie docelowe, na które nie udało się nam dotrzeć. Było wcześnie przed południem, ulice, po których wiózł nas policyjny mikrobus, zapełniały się ludźmi. Stawali wzdłuż drogi czekając na okazję, żeby dojechać dokąd się wybierali. Oni zaczynali kolejny dzień swojego kubańskiego życia nie wiedząc jak się skończy. Oni wciąż tam są. Marcin Sarna
|