Z wizytą u haitańskiego wudu na Kubie (impresja)
Miłosz
Wczoraj wybraliśmy się do prawdziwego "brujero" (czarownika). Ale nie był to kubański "santero", tylko czarownik haitańskiego wudu! Poleciła nam go mama naszej czarnej koleżanki Betty, jako "wiarygodnego przepowiadacza przyszłości i lekarza". Przez Serafina, a właściwie Frediego, "przemawia" zmarły w XIX w. Haitańczyk, o imieniu Serafin. Otóż Serafin kiedy żył na tym swoim Haiti był ponoć kobieciarzem, fircykiem i zginął od kuli zazdrosnego męża kobiety, którą uwiódł. Fredi stawia tarota, a Serafin przemawia przez niego. Mieszkają ”obaj” w Vedado (dawna, bogata dzielnica Hawany), w jednej z tych pięknych, dwupiętrowych, teraz już zrujnowanych willi, które Rewolucja dała czarnym przybyszom z Oriente. Mieszka na pierwszym piętrze. Czerwone drzwi do mieszkania z rozpięta nad framugą plecionką z zasuszonych liści trzciny cukrowej wskazują wejście. Są przedsmakiem tego co zobaczysz w środku.... Dwie izby, z których jedna służy jako poczekalnia dla oczekujących do Serafina, a druga jest jego królestwem. Kiedy wchodzimy, w poczekalni jest już kilka osób. Dwie kobiety w średnim wieku, jeden młody mężczyzna, drugi nieco starszy i dwie starsze kobiety. Wszyscy czarni i raczej skromnie wyglądający, ale Betty zapewnia nas, że przyjeżdżają tu i samochody na dyplomatycznych rejestracjach... Kobieta ubrana na biało podaje nam świeczkę i pyta się co chcemy od Serafina. Ma niesamowicie czarne, przeszklone oczy, błyszczące na tle jej ciemnej skóry. Chcemy "comprobar a tirar las cartas" - spróbować tarota.
Czekamy. W poczekalni jest kilka metalowych krzeseł, dwa bujane fotele i rozwalona sofa. Jest telefon. Nie ma wielu rekwizytów "brujerii". Pomimo wiatraka, powietrze i tak jest przesiąknięte popołudniową wilgocią i zapachem świec, cygar i papierosów. Czekamy dalej. Jesteśmy ostatni w kolejce. Przyszliśmy o 19-tej, a Serafin przyjmuje tylko dwa razy w tygodniu od 16 do późna w nocy. Co jakiś czas otwierają się drzwi do królestwa Serafina i widzę żółtą aurę - drut z żarówką zwisającą z sufitu i świece na podłodze oraz słyszę jego zawodzenia. Ogarnia mnie niepokój, Alicja siedzi niemal skulona, nikt nic nie mówi...
Wreszcie wchodzimy. Serafin siedzi na prostym drewnianym krześle przed starym, wąskim drewnianym stołem. Jest duży. Czarny jak smoła. Ubrany w białą płócienną koszulę i białe spodnie, ma na głowie czerwoną chustkę, a na nią nasadzony kapelusz "panama". Kapelusz zasłania mu niemal całą twarz, dopiero gdy podnosi głowę widzę jego wąskie, zmrużone oczy z długimi podwiniętymi rzęsami i gęste wąsy. Nic nie mówi. Jego asystentka każe nam się "oczyścić" - zamoczyć dłonie w miednicy z niebieską wodą i spryskać nią twarz. W miednicy leżą woskowe figurki kobiety i mężczyzny i plastikowa ryba... Dlaczego woda jest niebieska?
Asystentka każe Alicji zająć miejsce na przeciwko Serafina, ja siadam za nią, obok mamy Betty. Zanim Serafin wprawi się w trans, wchodzi jeszcze "abogado" (adwokat - skryba), którego rolą jest spisywanie tego co mówi Serafin. Zaczyna się zawodzenie. Ciarki mogą przejść po plecach! Serafin śpiewa jakąś "banalną" piosenkę po francusku z dziwnym akcentem o dziewczynie, która szuka kochanka, ciężko zrozumieć więcej niż poszczególne słowa... Śpiewa zawodząc i charcząc. Nabiera powietrza w gardłowy, świszczący sposób... uueehh!, uueeehh! Trwa to kilka minut, wszyscy siedzimy sztywno, ja nieśmiało rozglądam się po izbie. W rogu obok mnie jest "altar", ołtarz. Podłoga pokryta grubą warstwą steryny, z której wystają pióra, brzegi zatopionych dzbanków z powsadzanymi krzyżami, fragmenty łańcuchów, żelastwa. Są też kawałki czarnych plastikowych lalek z powyrywanymi rączkami. Na szczycie tej kupki w rogu jest figurka San Lázaro (Świętego Łazarza). Tam palą się nasze świeczki.
Obok Serafina stoją jeszcze trzy duże figurki San Lázaro. Na krótkich półkach na ścianie wiszą obrazki świętych, palą się przed nimi świeczki. Na jednej z półek miniaturowa drabinka oparta o ścianę wskazuje drogę do góry. Po obu jej stronach też palą się świeczki...
Serafin przerywa swoją pieśń, daje Alicji talie kart do przełożenia...
Dalej już nie mogę pisać bo to, co powiedział Alicji jest dla niej... Poza jednym... Serafin odkrywał i tłumaczył kolejne karty dla Alicji. Wyszło wtedy na jaw, że jednak jest... wiedźmą (choć ja to wiem od dawna ;-)), ponieważ przyczepiła się do niej tzw. muerto negro czyli czarna śmierć. To rodzaj złego ducha, która może na człowieka sprowadzić wiele złego, również śmierć. Po tym wszystkim, co Alicja wcześniej usłyszała o swojej przeszłości od Serafina, wyglądała teraz naprawdę na wstrząśniętą. Pewnie dlatego, poprosiła o jakąś „odtrutkę” na muerto negro. Serafin pomedytował trochę, charcząc swoim zwyczajem i orzekł, że trzeba się spieszyć, więc za dwa dni mamy przygotować składniki, które poda Abogado. A oto część z tych, które zapamiętałem: butelka rumu, herbatniki, perfumy, chusteczki, ręcznik, stare ubranie i ...kurczak, oczywiście żywy. Operacja wypędzania złego ducha miała kosztować sto dolarów. Alicja, która lubi zwierzęta, wystąpiła w obronie kurczaka. Abogado po namyśle obiecał, że kura może przeżyje, potrzeba bowiem „tylko” jej świeżej krwi. Twarda postawa Alicji, również w kwestii finansowej, przyniosła kolejną ofertę skonsultowaną z Serafinem: bez kurczaka, o dwadzieścia dolarów taniej, skuteczność ta sama. Tego było Alicji za wiele. Powiedziała, że zastanowi się nad tym w domu i oddzwoni...
Ja siadam następny, po Alicji, naprzeciwko Serafina. Asystentka obmywa mu ręce, sypie je talkiem i skrapia perfumami. Mam przełożyć karty. Na trzy kupki. Potem na dwie. Potem mam wskazać jedną z nich. Serafin stawia tarota... Szeptem przy każdej karcie objaśnia co mnie spotka, co mnie już spotkało, jakie są przeszkody na mojej drodze... Po seansie Alicji rozumiem już każde jego słowo, przyzwyczajony do niewyraźnej wymowy. Wcześniej sens mi umykał, bo siedziałem dalej, a on mówił na w poły charcząc, na w poły szepcząc...
Zauważam, że Serafin, jak przystało na 28-letniego młodzieńca i fircyka (co prawda, zmarłego przedwcześnie) ma poczucie humoru! Oczy mu się wtedy świecą i pyta: "verdad o mentira?" (prawda czy fałsz?)... Mówi, że jestem już tutaj od ponad 2,5 roku (prawda), że miałem wybór, nikt mi nie kazał przyjeżdżać na Kubę (prawda), że jestem prawowity i inteligentny (?;-))... Rozdaje kolejną kartę i mówi: "levantate!" (podnieś się!). I dziękuj Bogu! Wyszła dobra karta, fortuna mi sprzyja! Komizmu nabiera fakt, że każe mi wstawać i dziękować Bogu za trzema kolejnymi kartami z rzędu! "De donde vas a sacar este dinero, no es dinero es el dinelon!" (skąd będziesz miał te pieniądze, nie pieniądze a całą furę kasy?) - pyta. A mi się chce śmiać. Powstrzymuję się i mówię: "powiedz mi ty!". Serafin dalej mówi, że będę miał duży dom, że jest jakaś Mulatka koło mnie, która będzie polować na moje pieniądze. Potem pyta się, czy mam w rodzinie łysego, silnego mężczyznę, który komenderował ludźmi? Dziadek - przebiega mi przez głowę. "Widzę go" - mówi. Potem jeszcze każe mi napisać na karteczce imiona osób, które mnie nie lubią w pracy. Każe skrybie podać butelkę, wkłada przez wąskie gardło moją kartkę, która tonie wśród ciemnej mazi. "Staną się twymi przyjaciółmi" - mówi. Potem karta dalej mi sprzyja. Serafin mówi, że jak skończę swój pobyt na Kubie, a inni będą mnie namawiali żebym go przedłużył, mam wracać. Po drugiej stronie oceanu będę miał dom i rodzinę. Każe mi się podnieść potem jeszcze kilka razy i dziękować Bogu. Jego asystentka mówi, że pojedzie ze mną na druga stronę oceanu, bo tak pomyślnej kombinacji kart dawno nie widziała... Serafin grobowym głosem mówi, że w żadnej z kombinacji nie pojawiła się karta z "brujo". Czuwa nade mną zatem jakiś mój silny "brujo" i broni dostępu przed innymi. "Tu eres el brujo!" (ty sam jesteś czarownikiem!) - wykrzykuje gardłowo! Zapada w lekkie odrętwienie. Seans dobiega końca...
Wychodzimy mocno zmuleni z pokoju. Patrzymy na zegarek - jest 23.30. Cztery i pół godziny spędziliśmy w domu Serafina! Nie chce nam się wierzyć. W poczekalni jeszcze więcej ludzi niż jak weszliśmy. Nie wiemy co o tym wszystkim myśleć. Śmiejemy się z siebie i weryfikujemy to co nam powiedział Serafin. Co było prawdą, co nie? Skąd on to wszystko wiedział?!... Miłosz La Habana, 2003
|