O książkach
Literatura
Muzyka
Kino
Felietony
 














 
Hawana
 
Kuba według Santany
 
Cuba libre - marzenie czy rzeczywistość? Gdansk, 1 X 2010
    2012-05-08
Meble IKEA i kubańska siła robocza

    2012-05-03
Dysydent zwolniony warunkowo

    2012-04-27
Facebook marzeniem młodych Kubańczyków

Strona główna  » Kultura » Pokolenie zagubione – Część 3                 
Pokolenie zagubione – Część 3

  Ángel Santiesteban-Prats*

 

Okres specjalny trwa, nadal wstrząsa krajem, choć teraz z mniejszą w skali Richtera siłą, jeśli porównać sytuację z latami 90. Prawdopodobnie przyzwyczailiśmy się już do ciągłych i trwałych drgań. Wydawnictwa ożyły, wydawcy inaugurują nową erę. Książki pojawiły się na nowo, a targi książki rozpierzchły się po kraju i stały wielkim wydarzeniem.

Wiatr nie przestaje smagać rdzewiejących armat, sprawdza wytrzymałość murów obronnych. Czas płynie, nasze życia mijają; w większości przypadków chłopcy, jakimi byliśmy, pokolenie, jakie tworzyliśmy to odległa przeszłość, niewielu pozostało na Wyspie. Teraz, gdy na nowo zaczyna się mówić o smutnej, szarej dekadzie lat 70., przypominam sobie, że przecież wiele lat później, po upływie ponad piętnastu lat nasze pokolenie również odczuło na sobie konsekwencje błędnej „polityki kulturalnej”. Nie mogę się przyzwyczaić do nieobecności pisarzy z tamtych czasów. Zawsze będę ich wspominał. Oto oni:

Daniel Morales, kilka miesięcy przed tym jak podjął decyzję o wyjeździe z ukochanego Camagüey, został zwinięty z domu na przesłuchanie, bo jak się okazało popełnił przestępstwo, mianowicie odwiedzili go w domu miejscowi intelektualiści. Kiedy sprowadzali go ze schodów, jego żona, trzymająca w rękach dziecko, krzyknęła, żeby był twardy, jak prawdziwy mężczyzna. Potem przyszło to, co zawsze, nie był w stanie spokojnie spać, zrywał się w nocy. Proza przestała się pisać jak wcześniej. Kiedy koledzy chcieli z nim porozmawiać, nie otwierał drzwi, z żoną zaczął rozmawiać o ciemności, strachu i nieznośnym ciężarze życia, które zaczęło mu ciążyć.

Carlos Calcines nigdy nie planował opuszczać Wyspy. Do czasu aż wraz z bratem zostali zatrzymani na ulicy G. w akcji wymierzonej przeciwko homoseksualistom i zaprowadzeni na komisariat policji. Chociaż wyjaśnili, że są na wakacjach, że studiowali w Związku Radzieckim, nie przestano postrzegać ich jako typów niemoralnych. Carlosa ogarnęła panika, do tego stopnia, że kiedy opowiadał o tym, co mu się przydarzyło, wszyscyśmy czuli podskórnie, co to oznacza, jako dwudziestolatki wiedzieliśmy, że strach jest prawdziwy.

Po serii przesłuchań i prześladowaniach, Marcosa Gonzaleza, członka grupy „Sześciu z osiemdziesiątego”[1], opuścił pisarz, jakiego w sobie nosił. Przy okazji jakiegoś wydarzenia, pod koniec lat 80., przekonaliśmy go, żeby coś napisał. Usiadł na łóżku i naszkicował rozdział potencjalnej powieści, który wydał nam się wyśmienity. Przeczytał tekst przed położeniem się spać. Jego proza, świeża i posiadająca stosowną głębię, inspirowała nas samych, by pisać więcej i lepiej. Szczęśliwi mogliśmy zasnąć.

O poranku zbudził mnie jego szloch.

- Co się dzieje Marquito? – zapytałem.

Uniósł ręce i utkwił wzrok w podłodze. U jego stóp leżały podarte kartki papieru.

- Nie dam rady – powiedział.

- Przecież już były zapisane – próbowałem zaprotestować.

- W takim razie, nie dam rady więcej… Tak będzie lepiej dla wszystkich.

I to była ostatnia rzecz jego autorstwa, jaką czytaliśmy.

Michela Perdomo zaproszono na kongres pisarzy do Hiszpanii, ale musiał sobie opłacić przelot. Z Miami otrzymał informację od ojca, przebywającego od kilku lat na emigracji, że może na niego liczyć, ale tylko tym razem. Jeśli nie skorzysta z okazji, by nie wrócić na Wyspę, czeka go niechybna śmierć głodowa, on więcej już mu nie pomoże. Odmawia wspierania go przez resztę życia. Michel dobrze wiedział, co to znaczy głód. Wyjechał z kraju w najlepszym momencie, kiedy jego pisarstwo było w rozkwicie.

W międzyczasie, Augustín postradał rozum w wyniku trwającego Okresu Specjalnego; poezja zdała mu się być pozbawiona sensu. Któregoś dnia oblał się alkoholem i sięgnął po zapałkę, żeby w ostatniej chwili podjąć decyzję, czy chce ją zapalić. Gdy tylko przyłożył główkę do draski, niewidzialna iskra przyspieszyła jego decyzję. Nic już nie dało się odmienić.

Guillermo Vidal, pisarz najbardziej spośród nas wytrwały i najliczniej publikowany, w swojej prowincji Las Tunas znany szerzej niż inni parający się pisaniem, zaśmiewał się z każdej próby, jaką podejmowano w celu poniżenia go. Był nauczycielem. Nie przejął się wyrzuceniem go w latach 80. ze szkoły pedagogicznej. Jako pisarz rozwijał się, mimo oficjalnych opinii twierdzących inaczej. Ignorancja, jaką go otoczyli zarządzający wówczas kulturą, nie zrobiła na nim wrażenia. Wszystkie ludzkie małostki, jakich był świadkiem, bawiły go. Potem, kiedy jeszcze nie wiedział o chorobie, z dala od rodziny, w szpitalu w Hawanie, nie musiał się martwić ani o jedzenie, ani o odwiedziny przyjaciół. Wiedział bardzo dobrze, że po jego śmierci, ci sami, którzy go niedoceniali, będą dźwigać paczki z jego książkami.

José María Torralbas, inny z członków grupy „Sześciu z osiemdziesiątego”, ograniczył pisanie po bliższych kontaktach z prześladowcami. Zmęczony samym sobą i wszystkimi dokoła, złapał za szyję jednego z polityków ze szkoły, w której pracował. Wyleciał w trybie natychmiastowym. I przez sześć kolejnych lat oddawał się sprzedawaniu lodów na patyku, aż w końcu, jak w pewnym znanym opowiadaniu, w obawie, że właśnie sprzed nosa odjeżdża mu ostatni pociąg, zwrócił się o pomoc do przyjaciół, sprzedał telewizor i nabył bilet do Las Vegas.

Sindo Pacheco, w najlepszym jak twierdzili niektórzy momencie twórczości, otrzymał Nagrodę Casa de las Américas i został pierwszym kubańskim pisarzem zarabiającym w dolarach. Jak na lata nędzy w jakich żyliśmy, dorobił się prawdziwej fortuny. Nic jednak nie było w stanie pozbawić go obsesji kłębiącej się w jego głowie – wyjechać z kraju. Dusił się coraz bardziej. Kiedy otrzymywał medal zasłużonego dla kultury narodowej, nie miał zamiaru go przyjmować. Gdy w czasie oficjalnego aktu przyznania wyróżnienia wymieniono jego imię, wszyscy zaczęli oglądać się na lewo i prawo. Ale jego na Wyspie już nie było.

Amir, najpłodniejszy z nas i również tworzący grupę „Sześciu z osiemdziesiątego”, nie miał nigdy nic przeciwko temu, że był wyciągany z uniwersyteckich czterech ścian na przesłuchania, aby wysłuchać instrukcji, co można a czego nie. A zwłaszcza, co się powinno, a czego nie należy mówić. Pisał jak oszalały mimo wszystko, zaszyty w pokoiku w centrum Hawany, równie mikroskopijnym jak zasięg publikacji jego książek na Wyspie. Z mieczem Damoklesa nad głową niewiele mógł zdziałać. W końcu rzucił wszystko. Zrobił to, czego chciał najmniej: wyjechał.

Z Camilo Venegasem pojechaliśmy do San Fernando de Camarones, jego ukochanej wioski, ze starym semaforem, który był świadkiem niejednego pożegnania. Zapłakani jak on wyjeżdżaliśmy stamtąd, przeczuwając, że wiele lat, jeśli nie wieczność, upłynie zanim tutaj powróci. Przed wyjazdem poprosił, żebyśmy odwiedzili cmentarz Santa Isabel de las Lejas. Nie chciał wyjeżdżać bez pożegnania się z Bennym.

Gdybyśmy chcieli narysować mapę i umieścić na niej pisarzy z mojego pokolenia, dzisiaj przyprószonych siwizną, zadanie wymagałoby sporej pracy.

Daniel Morales wylądował w Teksasie, po kilku próbach pisania, poddał się. To sprawa z innych czasów, oświadczył w jednym z listów.

Alberto Garrido znalazł schronienie w religii, niczym w zbroi, która miała obronić go przed wszelkim ludzkim złem. Został pasterzem w swoim kościele i jak ostatni Mohikanin z dyscypliną oddaje się pisaniu. Właśnie próbowali odmówić mu wyjazdu do Dominikany, gdzie wybierał się z wizytą misjonarską i ewangeliczną. Jego literatura nie należy do kontestacyjnych. Jedynym przestępstwem, jakiego się dopuszcza to naiwność i wiara w bezpośredni kontakt z Bogiem, jaki wierzy mieć. W końcu został zmuszony do porzucenia kościoła i zdemontowania małego drewnianego, rozsypującego się domku, w którym znajdowała się jego siedziba. Stąd wieczorami, w szczelinie w dachu, można było widzieć gwiazdy. Obawiam się, że rychła wiadomość, jaką otrzymam, dotyczyć będzie konieczności opuszczenia przez niego kraju.

Sindo Pacheco wyjechał do Miami, pracuje w restauracji i pisze dopóki ma siłę i sen nie zakrywa mu powiek. Tak będzie do czasu, aż nie przeszkodzi mu w tym drugi atak serca.

Jorge Luisa Arzoli nie przekonała oferta nowego mieszkania ze światłem elektrycznym, jaką otrzymał po przyznaniu mu krajowej nagrody literackiej. Mieszka i żyje w Niemczech.

Carlos Calcines zaczepił się w Brazylii, gdzieniegdzie słychać głosy, że od czasu do czasu przyjeżdża z wizytą do matki. Ponoć teraz jest człowiekiem majętnym.

Marcos, najbardziej szalony i utalentowany z nas, żyje w nędzy, zamknięty w biurze wypełnionym papierami, na których mieni się od numerów, których celem jest wybicie mu z głowy jakiegokolwiek zamiaru twórczej pracy. Jak na ironię, pracuje w Kubańskim Instytucie Książki. Nigdy więcej nie poruszył tematu książki, którą miał napisać i na którą tak czekaliśmy. Lepiej czytać przyjaciół, oświadczył, żeby zamknąć temat.

Michel Perdomo został otyłym mieszkańcem Madrytu, gdzie rezyduje z dwójką dzieci. Wciąż skrywa w sobie żal.

Augustín Medina ma poparzenia na ciele. Nigdy później nie przeczytałem żadnego jego tekstu.

Guillerma Vidala pokonał rak płuc. Walczył dzielnie, ze świadomością, że staje do jedynej walki, której nie zdoła wygrać.

Roger Daniel Vilar, po tym jak przemienił się w wojownika w imię religii, odpuścił i ożenił się z Meksykanką ze stolicy Meksyku.

Ronaldo Menendeza, który zmienił się nie do poznania, zdołaliśmy zidentyfikować podczas ostatnich Targów Książki dzięki jego wielkim oczom i czułemu uśmiechowi. Waży trzy razy więcej niż wcześniej. Powiedział, że jest profesorem pełną gębą na jednym z hiszpańskich uniwersytetów.

Torralbas pracuje w kasynie w Las Vegas i, o ile wiadomo, nie pisze.

Amir Valle mieszka w Europie i jak możemy przeczytać w sieci, sprzedaje dużo książek, wygrał dużo nagród. Zabrał publicznie głos w Hiszpanii, bo chciał wrócić na Kubę, ale kubańskie władze nie pozwoliły mu na to.

Karla Suárez przedostała się, bez użycia tratwy, z Włoch do Francji i odnosi sukcesy swoimi książkami.

Ena Lucía Portela żyje anonimowo w Hawanie, jak duch, którego nikt nie widzi. I walczy z czasem, który dla literatury jest groźnym przeciwnikiem.

Po zwolnieniu z pracy, Roberto Uría opowiedział się za społeczeństwem, gdzie mógłby wylewać łzy jak Leslie Caron. Ktoś powiedział, że widział go w Miami.

Na spotkaniu intelektualistów z Kubańskiego Instytutu Książki odmówiono wstępu Rolando Sanchezowi Mejiasowi, a my, nie wiedząc jak domagać się uznania jego prawa do obecności, widzieliśmy jak odchodzi i niknie pośród drzew Plaza Vieja. Mieszka w Barcelonie.

Andrés Jorge żyje w Meksyku, publikuje w Alfaguarze i kieruje czasopismem „Selecciones”.

Antonio José Ponte stracił miejsce w radzie pisarzy za przynależność do rady redakcyjnej pisma „Encuentro”. Teraz mieszka w Hiszpanii i ktoś mi powiedział, że kieruje tym pismem.

Ricardo Arieta wyruszył do Stanów Zjednoczonych.

Yosvani Medina, po tym jak stał się jednym z najważniejszych dramaturgów na Martynice, wyjechał do Miami i pracuje w wydawnictwie.

Verónica Pérez Konina wróciła do Rosji.

Alexandro Aguilar mieszka w Nowym Jorku.

José Manuela Prieto udało nam się spotkać w Madrycie podczas prezentacji antologii Michi Strausfeld, wydanej przez Siruelę.

David Mitrani wyjechał do Włoch, niedługo po tym jak z rąk prezydenta otrzymał wyróżnienie dla młodego obiecującego pisarza.

Odette Alonso zawsze przesyła upominek z Meksyku.

Luis Rafael Hernández wyruszył do Hiszpanii.

Alberto Guerra, czarny komunista z legitymacją, przestał być aktywnym komunistą w chwili, gdy został wyproszony z hotelu z powodu bycia Kubańczykiem. Chciał przeprowadzić wywiad z zagranicznymi wydawcami. Postanowił, jak kiedyś jego dziadek mambisa walczył o wolność, stanąć do boju o literaturę, co koniec końców jest tym samym.

Camilo Venegas zamieszkał w Santo Domingo. Tęskni do swoich modeli kolejek, ich brak zastępuje zabawkami rozstawionym po kątach domu. Wspomina lokomotywy, parę buchającą z kominów, oddalający się pociąg z wagonami pełnymi snów i marzeń, frustracjami i przyjaciółmi. Pozostaje mu jedynie stary semafor, który wskazywał drogę tylu taborom.

Semafor został w Hawanie, ale udało mi się go odnaleźć i przywiozłem go do Santo Domingo, z nadzieją, że jego wyimaginowane światło nigdy nie zgaśnie i pozwoli nam spotkać się ponownie, na jakiejkolwiek stacji życia, któremu moje pokolenie nie da się zwyciężyć, bez względu na to, ile przyjdzie nam znosić.

Tak to już jest, że bez kumpli, tych z którymi dzieliłem marzenia i ich niespełnienie, czuję się samotny. I choć pragnąłbym tego z nie wiem jak wielką mocą, wiem, że oni już nie powrócą, przynajmniej nie tacy, jakimi byli w tamtym utraconym czasie. Chcę zapamiętać ich jakimi byli wtedy w Hawanie, jakże utalentowanymi i jakże nieszczęśliwymi.

Angel Santiesteban Prats (ur. 1966 w Hawanie) – kubański pisarz, laureat Nagrody Juana Rulfo przyznawanej przez RFI. Autor m.in. książki „Sueño de un día de terano” antybohaterskiej wizji wojny w Angoli.

[1] Grupa literacka utworzona w 1984 r. w Santiago de Cuba, w której skład wchodzili pisarze tacy jak Amir Valle, José Mariano Torralbas, Alberto Garrido i Marcos González. Pod koniec lat 90. grupa rozwiązała się.

  

Pokolenie zagubione, Część 1

Pokolenie zagubione, Część 2

 

Przełożył Marcin Sarna 

 

   powrót na górę strony                 
   
© 2006 Solidarni z Kubą Projekt i wykonanie: EPOX Interactive Media House