Konferencja "Czy Kuba może wybić się na wolność?"
 
Trinidad
 
Cuba libre - marzenie czy rzeczywistość? Gdansk, 1 X 2010
    2012-02-02
Prezydent Brazylii w Hawanie

    2012-01-30
Castro wzywa do walki z wrogiem

    2012-01-26
Głupota i ignorancja według Fidela Castro

Strona główna  »  » Kuba: 1959 - 2006                 
Kuba: 1959 - 2006

 

Jarosław Gugała: Słowem kluczem, jakie może towarzyszyć dyskusji na temat Kuby, na temat tego co się stało w tym kraju w latach 1959-2006 jest słowo: nadzieja. Słowo to bowiem towarzyszyło przemianom kubańskim od początku, kiedy brodacze Fidela Castro wylądowali na Kubie, rozpoczęli rewolucję, i kiedy zaczęli do nich dołączać ludzie. Towarzyszyła im wielka nadzieja - na polepszenie życia, na nowy, sprawiedliwszy, lepszy świat. Nadzieja ta do dzisiaj zresztą, jeśli obserwujemy reakcje na Fidela Castro i na rewolucje kubańską, w wielu środowiskach na świecie w jakimś sensie nadal istnieje. Tylko że  nie ma już ona nic wspólnego z tym, co się dzieje na Kubie, ponieważ na Kubie w tej chwili jest inna nadzieja. Jest wiara w to, że wreszcie skończy się niesprawiedliwy i niedemokratyczny system; dużo gorszy od tego, który był wcześniej. Dziś jeden z naszych kolegów, pan Ambasador Tomasz Turowski, który niedawno wrócił z Kuby, opowiadał anegdotę o spotkaniu dyplomatów z Fidelem Castro. W czasie rozmowy z korpusem Fidel Castro przedstawiał obecną sytuację na Kubie, zwracając uwagę na to, co się na Kubie poprawiło. Jeden z gości spotkania zagadnął go w pewnym momencie w sprawie kubańskich prostytutek, kiedyś bowiem Fidel mówił, że Kuba była wielkim domem publicznym dla bogatych Amerykanów, i zapewniał że on tę sytuację zmieni. Okazuje się jednak, że żadna zmiana nie zaszła, a bieda wciąż pcha w tę stronę bardzo wiele osób. Fidel zgodził się, jednocześnie dodając, że dzięki rewolucji Kubanki, które trudnią się tym procederem, maja dziś wyższe wykształcenie. Tu pojawia się pytanie, ujęte swego czasu przez słynnego polskiego pisarza w krótkiej fraszce: „Jeżeli ludożerca je nożem i widelcem, to czy to jest postęp?” [Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” – przyp. red.]

Zebraliśmy się tutaj dzisiaj, ponieważ wiemy, że to postęp nie jest. Chcemy  zastanowić się, jak doszło do tego, że nadzieja na lepszy  demokratyczny i wolny świat zamieniła się w swoje przeciwieństwo. Jak u Orwella, język zaczął znaczyć swoje przeciwieństwo. Demokracja stała się tyranią, a wolność stała się zniewoleniem. Jak do tego doszło? Co się musiało stać i dlaczego tak się stało na Kubie, że te najważniejsze wartości nigdy nie zostały spełnione, że jest tam coraz gorzej? Fidel Castro jest chory i jak to zwykle bywa w tego rodzaju systemach, nie wiemy co się z nim dokładnie w tej chwili dzieje. Trwa coś, co my zwykliśmy nazywać walką buldogów pod dywanem. Trwa walka o sukcesję po Fidelu Castro. Nie wiemy, kto z kim walczy, nie wiemy, kto jakie zajmuje pozycje. Nie wiemy, jakie są szanse na demokratyzację życia na Kubie, ale na te pytania będziemy chcieli sobie dzisiaj odpowiedzieć.

Nadzieja – słowo klucz. Na co możemy mieć nadzieję, jeśli chodzi o Kubę? Czy możemy mieć nadzieję, że Raúl Castro namaszczony przez swojego brata na następcę, będzie na tyle mądry, że zdemontuje system, który wraz z bratem budował na przemocy? Czy możemy mieć nadzieję, że kubańska władza  zrozumie, że należy podążyć inną drogą w kierunku demokratyzacji i wolności? Czy możemy mieć nadzieję, że emigranci, którzy są w tej chwili w Miami będą realistami w swoich żądaniach i w swych pomysłach na Kubę po powrocie na wyspę? Czy możemy mieć nadzieję, że na Kubie nie dojdzie do złych rozliczeń, które spowodują tylko zaostrzenie sytuacji i konfrontację? Na co możemy mieć nadzieję na Kubie?

Bardzo proszę o zabranie głosu Pana Ambasadora Tomasza Turowskiego, który rok temu miej więcej wrócił z Kuby. Chciałbym poprosić Pana Ambasadora o to, żeby opowiedział w jakich warunkach pracują tam dyplomaci na Kubie, i co to znaczy być krajem zamrożonym na Kubie?

Tomasz Turowski:

Swoje rozważania chciałbym zacząć od próby odpowiedzi na pytanie zadane przez Ambasadora Gugałę, a mianowicie jak to się stało, że Ruch 26 lipca 1953 roku; ruch zrodzony w armii; ruch, który miał na celu odzyskanie godności narodowej Kuby, przerodził się w system totalitarny?

Otóż mówiąc w wielkim skrócie, mieliśmy do czynienia ze stałym procesem zawłaszczania idei przez określoną grupę ludzi. Chodzi tu głównie o Fidela Castro. Ten, po nieudanym zamachu na koszary Moncada, został osądzany i skazany na karę więzienia. Jednak skądinąd ohydny dyktator Batista, popełnił w stosunku do niego taki błąd, którego na ogół nie popełniają dzisiejsze sądy kubańskie, a mianowicie przed upływem kary wysłał go do Meksyku, skąd już w pełnej glorii w 1959 roku mógł wrócić na Kubę.

Ten błyskotliwy wychowanek kolegium jezuickiego, duży orator o wielkiej charyzmie, choć adwokat słaby, bo po tym jak jego kancelaria praktycznie splajtowała, musiał się czymś zająć – zajął się więc działalnością polityczną.  Początkowo, wydawałoby się, nie miał ochoty zmieniać systemu kubańskiego na komunistyczny - to Raúl Castro od 15-go roku życia był członkiem Partii Komunistycznej, nie Fidel. Potem role się odwróciły i w lutym 1959 roku Fidel zostaje premierem Kuby. W 1961 roku dochodzi do Zjazdu Zjednoczeniowego grup rewolucyjnych, a w 1965 roku ten konglomerat grup otrzymuje nazwę Komunistyczna Partia Kuby i występuje już jako siła wiodąca. W międzyczasie pamiętamy – stosując wielki skrót -  mamy kubański kryzys rakietowy,  blokadę, i jednoznaczne wejście Kuby w orbitę krajów komunistycznych. W 1972 roku Kuba zostaje członkiem Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej.

Otóż dlaczego to wszystko mówię? Wspominam o tym, by pokazać specyfikę systemu kubańskiego, który stanowi konglomerat komunizmu. „Cubanía” -  latynoamerykanizmu z czynnikiem antyamerykańskim. Na Kubie zawłaszczano powoli świadomość narodu, zawłaszczano pojęcia. Wolność znaczy zupełnie co innego niż w krajach demokratycznych. Chciałbym teraz pokazać Państwu, jak w tak surrealistycznej, a niestety prawdziwej dla ludzi, którzy tam żyją, sytuacji można działać i pracować jako dyplomata.

Przez 4 lata pobytu na Kubie obserwowałem zarówno stan zniewalania, jak również stan zniewolenia tego narodu. Obserwowałem też próby wyzwolenia się, podejmowane przez tenże naród. Teraz mogę to już jasno powiedzieć, moja obserwacja nie była obserwacją bierną. Zresztą nie tylko ja obserwowałem – mnie obserwowano równie dokładnie. Mieszkaliśmy między Piątą Aleją a Czterdziestą Szóstą. Na Czterdziestej Szóstej był apartament zajmowany przez ministra edukacji, gdzie był stały posterunek obserwacyjny służby bezpieczeństwa, który kontrolował ruch gości do i z rezydencji. Czuliśmy się dobrze zabezpieczeni zatem.

 

To poczucie bezpieczeństwa spowodowało, że po zapoznaniu się z działalnością ruchów  Movimiento Cristiano de Liberación Oswaldo Payá; Zgromadzenia na Rzecz Promocji Społeczeństwa Obywatelskiego Marty Beatriz Roque, Kubańskiej Komisji Praw Człowieka Ricardo Sancheza; Todos Unidos Vladimiro Roca; Arco de Progreso Manuela Costa Rua; Partii Liberalnej Fernando Sáncheza, doszedłem do wniosku, że nastał najwyższy czas, aby ich zgromadzić i umożliwić im kontakt bezpośredni z korpusem dyplomatycznym. Władze kubańskie, nie wiem w jaki sposób, dowiedziały się, że taki plan jest w założeniu i ostrzegły mnie, że jeśli podejmę się realizacji tego planu, to oni podejmą określone kroki wobec mojej osoby. Władze kubańskie wychodziły z założenia, że spotkanie odbędzie się w dniu święta narodowego Polski. Zwyczajem na Kubie do chwili pęknięcia wspólnej polityki Unii Europejskiej wobec Kuby, było zapraszanie przedstawicieli opozycji do ambasad poszczególnych krajów europejskich w dniu ich świąt narodowych. W związku z tym, doszedłem do wniosku, że nie zorganizuję święta narodowego, na które zaproszę opozycję, ale zorganizuje 14 listopada „Spotkanie korpusu dyplomatycznego i reprezentantów społeczeństwa obywatelskiego Kuby”.

Na spotkaniu pojawili się przedstawiciele kościoła, masonerii i wszystkich ruchów opozycyjnych. Przygotowałem dla nich materiał wykorzystując metody stosowane przez działaczy solidarnościowo-korowskich. Otóż postanowiłem wykorzystywać istniejący system prawny i wyciskać z niego wszystko, co się da, w celu uzyskania końcowego efektu demokratycznego, nawet jeśli konstytucja w zamiarze miała być konstytucją chroniącą system totalitarny. A więc wybrałem fragmenty z Granmy, z dziennika organów Komunistycznej Partii Kuby, dotyczącej lokalnego społeczeństwa obywatelskiego. Wręczając materiał wszystkim obecnym mówiłem: „Proszę, to jest Granma, to jest wasz organ Komitetu Centralnego, który Was zachęca do działalności wolnościowej, do działalności w ramach struktur społeczeństwa obywatelskiego”.

Po spotkaniu niektóre osoby zostały natychmiast zatrzymane, ale oni wszyscy przychodzili do nas z pełną świadomością ewentualnych konsekwencji. Sam natomiast 19 listopada otrzymałem kuriozalną notę z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie zostałem wezwany. Tam wręczono mi tekst, który w języku dyplomatycznym brzmi bardzo śmiesznie. Oto jego treść: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych pozdrawia Ambasadę Rzeczpospolitej Polskiej, przy okazji odnosząc się do nieprzyjaznego działania tej Ambasady, w postaci zorganizowania dnia 14 listopada imprezy z udziałem korpusu dyplomatycznego akredytowanego w kraju tego, co ta ambasada nazwała, „społeczeństwa obywatelskiego Kuby”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ocenia zaproszenie najemników, którzy otrzymują pieniądze i kolaborują z agresywną polityką Stanów Zjednoczonych przeciw Kubie, jako poważną prowokację ze strony Ambasady Polskiej. Władze kubańskie tłumaczą to niedopuszczalne działanie, jako akt służalczy i chęć przypodobania się interesom rządu USA w jego zadeklarowanej agresji przeciw naszemu państwu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych czuje się zobowiązane do zakomunikowania Ambasadzie Rzeczpospolitej Polskiej, że rząd Kuby podejmie tymczasem środki, które uzna za adekwatne w odpowiedzi na tę otwartą prowokację. Dodatkowo Ministerstwo pragnie ostrzec oficjalnie Ambasadę Polski, że powtórzenie tego aktu lub podobnego, oraz jakiegokolwiek innego, który będzie stanowił akt nieprzyjazny wobec Republiki Kuby i jej ludu, doprowadzi do decyzji rządu Kuby domagającej się natychmiastowego odwołania szefa misji naszego państwa. Ministerstwo Spraw Zagranicznych korzysta z okazji, aby ponowić wobec Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej wyrazy swojego poważania (…)”.

Otóż mamy tu przykład pełnej hipokryzji i zupełnego nie przystawania gróźb do konsekwencji. Dlaczego? Dlatego, że z pełną premedytacją zorganizowałem to spotkanie 14 listopada. Nie było to zatem święto narodowe Polski. Tymczasem ostrzeżenie, które trafiło do wszystkich Ambasad mówiło, że będą zamrażane stosunki z nimi, jeśli zaprosi się przedstawicieli opozycji kubańskiej czy społeczeństwa obywatelskiego na święto narodowe. Nasza placówka nie wyczerpała znamion przestępstwa nawet w wizji władz kubańskich, a mimo to represje zostały zastosowane. Polityczna klasa kubańska działa więc w obszarze pełnej hipokryzji, pełnego Orwella, i dlatego trzeba współczuć społeczeństwu, które na te zabiegi jest na co dzień narażane. Należy też oddać sprawiedliwość wielkiej odwadze tych ludzi, którzy starają się w ramach tego uczącego agresji społeczeństwa, w ramach tej kultury politycznej - kultury agresji i represji, szukać pokojowych dróg wyjścia, dróg ewolucyjnych.

To są przykłady codziennej naszej działalności na Kubie. Zostaliśmy odcięci absolutnie od wszelkich kontaktów z oficjalnymi władzami, korespondencja odbywała się wyłącznie za pomocą not. Wtedy to zaczął się najciekawszy okres mojego ambasadorowania w Hawanie. Zacząłem jeździć po prowincjach hawańskich, spotykać z ludźmi z opozycji, ciesząc się pełną ochroną. Za moim samochodem ogon, przed moim samochodem szpice. Odwiedzałem oczywiście tych ludzi, którzy na takie spotkania wyrażali zgodę. Bo jeżdżąc na Kubę, rozmawiając z opozycją, trzeba pamiętać o jednym, że my zawsze jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji. W razie czego poważne konsekwencje będą wyciągane wobec ludzi, z którymi rozmawiamy. Nas czeka najwyżej 24-godzinny areszt, a potem ekskursja. Oni muszą tam zostać. Także widać tych represjonowanych.

Jarosław Gugała: Dziękuje bardzo. I teraz chciałbym poprosić o zabranie głosu Pawła Smoleńskiego z Gazety Wyborczej. Gazety, której dziennikarzy wielokrotnie Polska Ambasada musiała uwalniać na Kubie. Gazeta Wyborcza ma taki obyczaj, że gdzie nie pojadą jej dziennikarze to albo ktoś chce Gazetę zamykać, albo jej dziennikarzy.

Pawel Smoleński:

Chciałbym Państwu opowiedzieć o mojej podróży z innymi dziennikarzami Gazety Wyborczej na Kubę. Zaplanowaliśmy kilkunastodniowy objazd z wizytami u ludzi związanych z kubańską opozycją demokratyczną - ale nie tych dobrze znanych. Jeździliśmy do ludzi, którzy są najbardziej „osamotnieni” tudzież najbardziej narażeni na represje, co czyni ich ludźmi o nieprawdopodobnej dzielności i wewnętrznej prawości. Chciałbym Państwu przedstawić trzy historie tych ludzi, z których jedna jest bardzo smutna, a pozostałe dwie niezwykle radosne.

Pierwsza, ta smutna historia, miała miejsce w miasteczku na zachodzie Kuby, które się nazywa Manuel Lazo. Mieliśmy tam odwiedzić rodzinę jednego z 75 dysydentów uwięzionego i skazanego na 20 lat więzienia za zbieranie podpisów pod Projektem Varela kilka lat temu. Ulice w Hawanie czy w mniejszych miastach kubańskich, są oznaczone dość kiepsko, jeśli w ogóle. Brak numerów domów, więc jeżeli chcemy się do kogoś dostać, musimy pytać ludzi na ulicy, szukać śladu. Dlatego krążyliśmy po miasteczku przez ok. półtorej godziny, bez rezultatu. Szczęśliwie w pobliżu jest miasto Piñar del Rio, gdzie mieszka Dagoberto Valdés [dyrektor Centrum Formacji Obywatelskiej i Religijnej – przyp. red], u którego zostawiliśmy rzeczy dla rodziny dysydenta z Manuel Lazo. Wiem, że one w końcu dotarły do adresata. Było to przykre doświadczenie, dlatego że kiedy pytaliśmy o adres więźnia politycznego, ludzie na ulicy się od nas odwracali, nie chcieli mówić. Miałem wtedy poczucie, że między mną a Kubańczykami jest szklana, nieprzepuszczalna tafla, od której się odbijam i nie mając szansy zrobienia kroku dalej. Dość przygnębieni pojechaliśmy 25 kilometrów na południe do wioski, która nazywa się Las Martinas. Ten typ wiosek na Kubie nazywa się wioskami niewolniczymi. Są to pewnego rodzaju obozy pracy o złagodzonym nieco rygorze, z których nie wolno wyjechać. Tam trafiliśmy pod wskazany adres. Weszliśmy do domu pytając najpierw o możliwość schowania samochodu, żeby nie zwracać uwagi służb bezpieczeństwa i żeby nikogo nie narażać na nieprzyjemności. Gospodyni domu opowiedziała: ”Nie musicie nigdzie chować. Tutaj wszyscy są naszymi przyjaciółmi”. To był pierwszy sygnał dla mnie, mówiący o tym, że coś, co wydawało się tylko marzeniem, czyli społeczeństwo obywatelskie na Kubie powoli się tworzy. Sygnałem, że jest na Kubie garść ludzi dzielnych, prawych i odważnych, którzy potrafią głośno mówić o prawach człowieka. W Las Matrinas powiedziano nam: „Uważajcie tylko przy wyjeździe z wioski, bo być może wtedy złapiecie ogon, być może wtedy przyczepi się do was milicja czy bezpieka. Natomiast tutaj wewnątrz jesteście bezpieczni”. Dzięki tej wizycie, mogliśmy zobaczyć, jak solidarność międzyludzka pomaga przetrwać w tym strasznym czasie, pod rządami straszliwego reżimu; jak  rodzi się powoli i powoli się umacnia.

Berta Artuñez ze środkowej Kuby, z miasteczka Placetas opowiadała mi o przypadku actos de repudio - jest to forma represji wobec opozycjonistów, kiedy to zorganizowana banda kilkudziesięciu lub kilkuset bandytów przyjeżdża pod dom człowieka, który ośmiela się mówić bądź myśleć inaczej niż mu się każe, obraża go, wypisuje jakieś parszywe hasła na ścianie, kradnie, bije – dzieją się rzeczy straszliwe. Otóż podobnego aktu doświadczył przyjaciel Berty Artuñez, który po tym jak został pobity,  wrócił po dwóch godzinach, i zobaczył coś, czego nigdy się w życiu nie spodziewał. Zobaczył swoich sąsiadów, którzy odkrawali po kawałeczku mydła - mydło jest na Kubie towarem deficytowym - wrzucali do wiadra, a potem zmywali ze ścian domu hasła wypisane  przez zorganizowanych przez władze bandytów. Jednym z powtarzających się napisów było: „Nich żyje Fidel!”. I ci ludzie zmywali to hasło z taką niezwykłą, wewnętrzną radością i przekonaniem, że oto nagle mogą okazać sąsiedzką solidarność. Mogą nadrobić ten wieloletni strach i obojętność, że mogą przekuć klimat zagrożenia w klimat wspólnotowy. To było doświadczenie nowe - nowe również dla tych, którzy Kubie przypatrują się od lat.

Do tej pory mówiłem o ludziach zaangażowanych w działalność opozycyjną, o ludziach którzy wiedzą czym jest wolność, poznają jej cenę i są gotowi dla niej ryzykować bardzo wiele. Ale myślę też, że na Kubie stało się coś, co na razie można wpisać być może tylko w sferę mentalną, ale mam głęboką nadzieję, że przybierze to lada chwila bardziej konkretne zachowania. Otóż zupełnym przypadkiem w Hawanie spotkałem dwójkę młodych ludzi: chłopaka sprzedającego owoce na targu i dziewczynę - tancerkę w klubie nocnym. Ta dwójka nie znała się wcześniej. Oni dosiedli się do naszego stolika w dość obskurnym barze, niedaleko nadmorskiego bulwaru Malecón. Na początku rozmawialiśmy, tak jak się rozmawia nad szklaneczką mojito, czyli o wszystkim i o niczym. Ale potem ta dwójka obcych sobie ludzi zaczęła rozmawiać między sobą. Nagle coś pękło, bo okazało się, że mogą ze sobą rozmawiać szczerze, bez hołdowania władzy, której niegodziwe, paskudne, parszywe oblicze w tej rozmowie nie była omijane. Ci ludzie śmiało opowiadali o swoich nadziejach i obawach. Z tego doświadczenia wyciągam jeden wniosek, który jest zapewne wnioskiem dość banalnym, ale tak banalnym, jak każda nadzieja. Kubańczycy, tak ci zaangażowani mocno w opozycję, jak i ci, którzy tam po prostu mieszkają, już nie liczą lat – liczą dni. Nie chcą dłużej czekać na wolność. Co z tego wyniknie? Nikt nie wie. Fakt jednak pozostaje faktem – to nie jest już bezwolna wyspa. To nie jest wyspa zauroczona brodatym dyktatorem i jego wielogodzinnymi przemówieniami. To jest wyspa, która łaknie normalności. I niczego więcej, tylko normalności.

Jarosław Gugała: Tak się złożyło, że przy tym stole siedzą przedstawiciele trzech narodów. Dwa z nich łączy pokojowa transformacja. Hiszpania i Polska. Hiszpania dla wielu, wielu naszych opozycjonistów w jakimś sensie była inspiracją, na zakończenie epoki generała Franco. To, w jaki sposób Hiszpania wyzwoliła się z systemu autorytarnego przechodząc do demokracji, inspirowało bardzo wielu intelektualistów w Polsce, wielu się do tego odnosiło i myślę, że jeśli nie bezpośrednio to na pewno pośrednio również ta idea przyświecała tym wszystkim, którzy w Polsce uczestniczyli w procesie demontażu systemu komunistycznego.

W obu przypadkach, zarówno w Hiszpanii i w Polsce, doszło do jakiegoś mniej lub bardziej formalnego, zaakceptowania tej idei konieczności odejścia od systemu totalitarnego czy autorytarnego. I zaakceptowali to mniej lub bardziej oficjalnie również przedstawiciele władzy. Nawet jeżeli tego nie mówili. Niektórzy dlatego, że nie zdawali sobie sprawy z tego, tak jak Gorbaczow, że jakiekolwiek próby reformowania systemu autorytarnego muszą się zakończyć upadkiem. Inni dlatego, że wierzyli, że jest możliwy tak zwany socjalizm z ludzką twarzą, inni jeszcze dlatego, że naprawdę to już mieli tego socjalizmu dość i już wiedzieli, że to nie tędy droga. Więc bez względu na trwające obecnie w Polsce dyskusje na temat, jak doszło w Polsce do demontażu systemu - ten demontaż jest faktem; żyjemy w innym kraju. Myślę, że jesteśmy coraz bardziej dojrzałą demokracją. I różne rzeczy możemy w tej chwili mówić otwarcie, w sposób spokojny i rzeczowy, i nie musimy się obawiać tego koszmarnego snu Adama Michnika, że ktoś rano do niego puka, i że to nie będzie listonosz albo mleczarz.

Chciałbym zadać teraz kolejne pytanie: „Czy wśród przedstawicieli kubańskich władz, są ludzie, którzy z takiego lub innego powodu są w stanie przestać być zakładnikami własnej przeszłości, własnych czynów i własnych deklaracji, i czy są w stanie wyobrazić sobie Kubę, jako kraj demokratyczny, w których o wszystkim będą decydowały wybory?” Kraju,  w którym wszyscy synowie tego narodu, bez względu na to, jakie mają przekonania, będą mieli prawo głosu. Chciałbym poprosić Omara Lopeza Montenegro, przedstawiciela Kuby na tej sali.

Omar Lopez Montenegro*:

Oczywiście, wewnątrz aparatu rządowego znajdują się osoby o świadomości reformatorskiej, która przez bardzo długi czas była ograniczana przez obecność Fidela Castro –głównego czynnika generującego strach. Jeszcze ważniejszym jest fakt, że w chwili przekazania władzy przez Fidela i objęcia tej przez Raúla Castro, sytuacja polityczna ulega zmianie. Trzeba pamiętać o tym, że castryzm bardziej niż ideologią polityczną jest polityczną mitologią. Jak słusznie zauważył ambasador, wokół figury Fidela Castro wytworzył się mit. Albo Fidel Castro postrzegał samego siebie w kategoriach boskich, gdy tymczasem okazuje się być tylko człowiekiem, który choruje i umiera jak wszyscy pozostali.

W chwili, kiedy ta mitologia upada, Raúl Castro musi pamiętać, że pozycja i mit, jaki powstał wokół Fidela dla niego są nieosiągalne. Oznacza to, że wiele osób z kręgów władzy na Kubie, będzie miało w przyszłości możliwość znalezienia dla siebie miejsca. Takie przekonanie występuje. Są ludzie, którzy patrząc w przyszłość, widzą Kubę demokratyczną. Są osoby, które chcą przyszłości demokratycznej. Można ich znaleźć nie tylko w kręgach opozycji. Wszyscy czekają na okazję, by podjąć działanie. Wydaje nam się, że może być to też chwila, którą wykorzysta opozycja. Wtedy jej przedstawiciele mogliby przedstawić swój projekt, który pozwoliłby im zdobyć pozycję znacznie silniejszą aniżeli ta, którą obecnie posiadają w społeczeństwie kubańskim. I mogliby zawrzeć sojusz z kręgami reformatorów wewnątrz władzy.

Jarosław Gugała: Panie Ambasadorze, rozmawiał Pan z przedstawicielami władz kubańskich nie raz, czy są tam ludzie, których podejrzewa Pan o skłonności demokratyczne?

Tomasz Turowski

Na pewno nie jest to Felipe Pérez Roque – Minister Spraw Zagranicznych, który jest młodym, ale zabetonowanym zwolennikiem systemu. Na pewno nie jest to Hassan Pérez – przywódca Młodzieży Komunistycznej i studenckiej. Oni są biograficznie młodzi, natomiast ideologicznie należą do grupy zwierząt kopalnych.

 Jedyna osoba, która zdradza pewne cechy gotowości do jakiegoś dialogu i otwartości na inne sposoby myślenia, to jest wicepremier, Carlos Laje. To jest właściwie jedna osoba, z którą można rozmawiać w kategoriach racjonalnych i odideologizowanych.

Ricardo Carreras Lario*:

Jeśli postawimy pytanie, czy Raúl Castro jest kubańskim Gorbaczowem, niestety odpowiedź będzie brzmiała: nie jest. Co więcej, w nagraniu sprzed 14 lat, nazwał on Gorbaczowa zdrajcą, a jego poczynania porównał do postępowań szalonego chirurga, który otwiera pacjenta, i zamiast go leczyć sprawia, że ten umiera. Odczuwał, podobnie jak Fidel, zdecydowaną niechęć do wszystkiego, co wiązało się z Gorbaczowem.

Raúl Castro jest przeświadczony, że powinien pozostać wierny historycznej spuściźnie swojego brata. Ponadto, otacza się ludźmi o podobnym myśleniu: tak zwanymi Talibami - najmłodszym pokoleniem zwolenników, starymi weteranami, „dinozaurami”, takimi jak Ramiro Valdés i innymi, którzy nie chcą zmian.

Na Kubie, co słusznie zauważył Omar, są też i reformiści. To jednak reformiści przebywający w ukryciu, krypto-reformiści. Za każdym razem, kiedy tylko wychodzą z ukrycia stosuje się wobec nich plan „nakładania piżamy”, jak miało to miejsce w przypadku Roberto Robainy, czyli aresztu domowego. Objęty planem zakłada piżamę i siedzi w domu, nie mogąc go opuszczać. Roberto Robaina wypowiadał się publicznie, mówił że trzeba przeprowadzić reformy i jego kariera Ministra Spraw Zagranicznych szybko się skończyła. Na Kubie wszyscy wiedzą, że Fidel Castro żyje, i do czasu kiedy władzę będzie sprawował Raúl Castro o reformach nie będzie mowy.

W opinii na temat reform zgadzam się całkowicie z panem ambasadorem. Jak doskonale zdawali sobie z tego sprawę sowieci, tak i Fidel Castro wie, że kiedy jakaś reforma się rozpoczyna, nie ma sposobu, żeby ją spowolnić, ograniczyć. Fidel Castro nigdy nie mówił o reformach. Nigdy nie zwołał kongresu, przeciwnie, wszystkie blokował. Właśnie teraz powinien mieć miejsce taki kongres. VI Kongres Partii Komunistycznej nigdy się nie odbył. Planowano zwołać go w roku 2002, ale nic z tego nie wyszło. Na wszystkich kongresach, które się odbyły, Fidel Castro blokował wszelkie reformy. Nigdy nie dopuszczał do tego, ażeby o reformach dyskutowano, bo wiedział, że ciężko będzie mu zastosować ograniczenia. Fidel wprowadził kilka reform kiedy nie miał innego wyjścia, ale nigdy z nikim ich nie dyskutował. Nagle oznajmiał: - Od teraz obowiązującą walutą jest dolar. – Ale dotychczas za posiadanie dolarów zamykaliśmy w więzieniach – zauważał ktoś. – Nieważne, od teraz używamy dolara – odpowiadał Fidel Castro. Następnie mówił: - Nie, teraz nie uznajemy dolara, teraz będziemy używać peso convertible.

Wprowadzał reformy, kiedy nie miał innego wyjścia. Kiedy nie musiał, zawsze się wycofywał. Fidel Castro nigdy nie otworzył debaty w temacie reform.

Raúl Castro ma opinię reformisty jeśli chodzi o gospodarkę, nie politykę. Wzoruje się na modelu chińskim, a nawet na słynnym modelu wietnamskim z lat osiemdziesiątych, jeszcze bardziej scentralizowanym, gdzie Partia Komunistyczna sprawuje kontrolę nad wszystkim, a gospodarka powoli się otwiera.

Jak rysuje się zatem przyszłość Kuby? Fidel Castro dobrze wie, że trudno jest utrzymać w garści wszystko na raz, i wcześniej czy później ci, którzy posiadają kontrolę całkowitą, zaczną ją tracić. Co więcej, Kuba to nie Chiny ani Wietnam. Poza tym, Raúl Castro ma 75 lat i nie jest żelaznego zdrowia. Oprócz niego nie ma nikogo, kto byłby w stanie utrzymać coś, co jest nie do utrzymania. Ten system jest taki właśnie, nie do utrzymania. Jest wbrew ludzkiej naturze, nie zaspokaja żadnej z ludzkich potrzeb, nie daje żadnej swobody politycznej ani gospodarczej.

Jarosław Gugała: Paweł, ty rozmawiałeś z tak zwanymi normalnymi ludźmi na ulicy. Czy jest tak, że wśród tych ludzi, tak jak to było kiedyś w Polsce, rozmawia się o polityce, rozmawia się o tym, co się może wydarzyć?

Paweł Smoleński:

Tak, Kubańczycy od jakiegoś czasu zaczęli rozmawiać o polityce i zaczęli rozmawiać o swoim życiu, no a ich życie jest polityzowane od początku do końca. Myślę, że różnica między Polską, a Kubą, jawi się również w tym, że tak jak w Polsce, lat temu dwadzieścia, można było wśród członków biura politycznego, czy wśród czołowych przedstawicieli elity władzy szukać ludzi mówiących bardziej twardo lub miękko, o tyle na Kubie nie ma sensu szukać ludzi, którzy mówią twardo bądź miękko, bo oni w ogóle nie mówią. Mówi tylko Castro. Castro jest słońcem, którego blask kryje wszystkie inne w „gwiazdeczki.” Nie wiadomo jak ten człowiek się czuje, nie wiadomo czy on ma jeszcze zdolność mówienia, czy on może sam pójść do toalety, ale mimo wszystko on jest tam cały czas obecny. To świadczy o jego pozycji. Ten rok, rok 2006 został przez Fidela ogłoszony rokiem rewolucji energetycznej na Kubie. Co oznacza, że być może będzie mniej wyłączeń prądu niż do tej pory. Prąd jest produkowany przez małe generatory, ropa do tych generatorów jest w bratniej Wenezueli, czyli wszystko jest cacy. Prąd pozwala również gotować i dlatego każda rodzina kubańska mogła kupić garnki, dwa garnki – jeden biały do gotowania ryżu, a drugi taki szybkowar zazwyczaj granatowy do gotowania różnych innych rzeczy. Castro tuż przed chorobą opowiadał o tych garnkach na wielogodzinnych mityngach. Na spotkaniach a to z federacją Kobiet Kubańskich, a to w towarzystwie całego rządu kubańskiego.

Skoro człowiek, który rządzi krajem, może opowiadać o garnkach, to on może zagłuszyć każdy głos. Dlatego ja nie wiem, co naprawdę myśli Raul Castro i co naprawdę myślą przedstawiciele kubańskich władz, ale jedno jest bezsporne – oni wszyscy doskonale wiedzą, jaka jest wartość prawdziwego pieniądza. Wiedzą to doskonale. I jeśli pieniądz ma jakąkolwiek cywilizacyjną czy cywilizująca rolę, no to on tutaj rzeczywiście swoje przedstawienie lada chwila odegra. W to nie wątpię.

Jarosław Gugała: Dziękuję bardzo. Na tym kończymy nasz pierwszy panel.

Przekład z jęz. hiszpańskiego: Marcin Sarna

   powrót na górę strony                 
   
© 2006 Solidarni z Kubą Projekt i wykonanie: EPOX Interactive Media House