Kolonia hiszpańska 1492 - 1898
KonkwistaKrzysztof Kolumb dotarł na Kubę w czasie swej pierwszej wyprawy do Ameryki, 28 października 1492 roku, zaledwie 16 dni po „odkryciu Ameryki”, czyli dotarciu do Wysp Bahama. Kilka miejscowości na Kubie walczy o miano tej, w której wylądował Kolumb, jednak na podstawie jego opisów trasy, terminów i krajobrazu wyspy przyjmuje się, że miejscem tym była Zatoka Bariay na północno - wschodnim wybrzeżu wyspy. Znajduje się tam ciekawy pomnik postawiony w 1992 roku dla uczczenia pięćsetnej rocznicy odkrycia Ameryki. Kolumb uznał wyspę za najpiękniejsze miejsce na Ziemi, jej mieszkańców za przyjaznych, ale niezbyt bogatych i powrócił do Hiszpanii. Jednak wkrótce potem Hiszpania przypomniała sobie o Kubie. Zasadniczym powodem zainteresowania Hiszpanów Nowym Światem było złoto. Na nieszczęście Indian przybysze z Europy odkryli u nich złote ozdoby, a wkrótce potem złoża złota położone w górach we wschodniej części wyspy. Tak rozpoczęła się kolonizacja. Wykonanie tego zadania przypadło Diego Velazquezowi (nie mylić z żyjącym sto lat później malarzem o tym samy imieniu i nazwisku), który rozpoczął od zniewolenia Indian niezbędnych do pracy przy wydobywaniu złota. W latach 1512 – 1514 założył pierwsze miasta, w tym (Baracoa, Santiago, Hawanę, Camaguey, Trinidad i Sancti Spiritus). Rządy Velazqueza, który został mianowany pierwszym gubernatorem wyspy, były naznaczone niebywałym okrucieństwem wobec Indian, których siłą przymuszano do niewolniczej pracy, a niepokornych masowo mordowano. Wieści o brutalności Europejczyków zdążyły nawet ubiec przybycie Velazqueza na wyspę; z innych wysp karaibskich na Kubę uciekali przerażeni Indianie z pokrewnych Tainom plemion, opowiadając o okrucieństwie Białych. Jednym z uciekinierów z wyspy Hispaniola (dzisiejsze Haiti i Dominikana) był wódz Tainów Hatuey, który zdołał przekonać mieszkańców Kuby, że przed Europejczykami trzeba się chować w jaskiniach i podejmować walkę. Dlatego Velazqueza powitały próby powstańcze Indian, stłumione jednak krwawo. Ich ostatnim akordem było pojmanie Hatueya i stracenie go w 1512 roku. Tę datę uważa się za symboliczny koniec epoki Indian na Kubie, gdyż równolegle z hiszpańską bronią śmierć niosła w niebywałym tempie zaraza. Indianie przez tysiące lat odcięci od Eurazji nie mieli odporności nawet na najbardziej rozpowszechnione w Starym Świecie infekcje; zwykły katar doprowadzał do śmierci w ciągu kilku dni setki, a nawet tysiące ludzi, nie mówiąc o wirusie ospy i bakteriach gruźlicy. | | | | Hatuey był wodzem Tainów na sąsiedniej wyspie – Hispanioli, gdzie zdążył się zapoznać z metodami Hiszpanów. Zbiegł stamtąd na Kubę i zdołał przekonać swych pobratymców do zbrojnego oporu, a nawet stanął na ich czele. Pojmany i skazany na stos, na chwilę przed śmiercią otrzymał ciekawą propozycję – Hiszpanie zaproponowali mu chrzest, aby w momencie śmierci był chrześcijaninem i do tego całkiem bezgrzesznym, co miało mu zapewnić bezpośrednią drogę do raju. - - A czy w raju są chrześcijanie? – spytał Hatuey
- - Oczywiście – odparli Hiszpanie.
- - W takim razie nie chcę - odrzekł Hatuey.
| | | |
Dokładnych spisów w tamtych czasach nie prowadzono, ale jest pewne, że zaledwie kilkadziesiąt lat po odkryciu Ameryki, na Kubie Indianie prawie przestali istnieć. Około połowy XVI wieku nastąpiło pewne odrodzenie ilościowe Indian, ale w postaci domieszki krwi indiańskiej wśród dolnych warstw społeczeństwa. Zjawisko metysażu dotyczyło białych kolonistów (kobiet z Hiszpanii przywożono bardzo mało), a także Murzynów, których zaczęto sprowadzać na Kubę do pracy na plantacjach już w XVI wieku. Ostatnie, nieliczne wioski rdzennie indiańskie widziano, podobno ukryte gdzieś w lasach kubańskich, jeszcze w XIX wieku. Dziś smuga krwi indiańskiej bywa zauważalna u wielu osób zarówno o skórze białej jak i czarnej. Natomiast pod względem kulturowym Indianie kubańscy wymarli całkowicie –jest to jak na Amerykę Łacińską rzecz dość wyjątkowa. | | | | Bartolomeo de las Casas Pojawił się na Kubie w 1513 roku, gdzie pozostał jako zamożny posiadacz kopalń. Zatrudniał w nich indiańskich niewolników, których traktował tak, jak niemal wszyscy Hiszpanie. Musiał mieć z tego tytułu wyrzuty sumienia, gdyż postanowił się z owych grzechów wyspowiadać. Kiedy duchowny – dominikanin – odmówił mu rozgrzeszenia, de las Casas doznał szoku, który odmienił jego życie. Postanowił nie tylko uwolnić swoich Indian, ale i został zakonnikiem po to, by walczyć o prawa Indian. Jako pierwszy z całą mocą stwierdził, że Indianie są ludźmi i jako tacy mają duszę. Udowadniał czynem, że można im przekazać Ewangelię, a oni chętnie ją przyjmują. De la Casas był jednak dzieckiem swojej epoki – wymyślił, że w celu zastąpienia Indian przy niewolniczej pracy można ściągać z Afryki Murzynów. | | | |
Społeczeństwo i gospodarkaZłoża złota okazały się zbyt skromne w stosunku do oczekiwań, poza tym to, co Hiszpanie znaleźli w Meksyku przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Główne ich zainteresowanie obróciło się zatem ku Meksykowi, jednak nie oznaczało to zmniejszenia znaczenia Kuby. Centralne położenie geograficzne wyspy powodowało, że stała się ona punktem przystankowym na drodze z Hiszpanii do Ameryki i z powrotem. Tu zawijały niemal wszystkie okręty w celu uzupełnienia zapasów wody i żywności. Początkowo rolę głównego portu odgrywał Trinidad na wybrzeżu Morza Karaibskiego, później zatoka i miasto znajdujące się na północy wyspy, które otrzymały nazwę Matanzas (hiszp. „masakry”) od ilości rzezi dokonywanych tam w celu zdobycia mięsa na podróż. Okrętów przepływających przez Matanzas było tak wiele, że zatoka ta stała się jednym z głównych punktów działania piratów. Do dziś na jej dnie spoczywa wiele wraków statków zatopionych przez piratów lub przez marynarkę w ramach zwalczania piractwa. Potrzeba ochrony przed piratami, a także strategiczne położenie wyspy spowodowały rozwój osadnictwa wojskowego, budowę twierdz z największą w Hawanie El Morro (druga połowa XVI wieku). Hawana przejęła od Matanzas rolę pierwszego portu i stała się głównym ogniwem hiszpańskiego systemu obrony na Karaibach i kluczem do bezpieczeństwa całego regionu Zatoki Meksykańskiej i Karaibów. Wraz z napływem wojskowych zwiększał się metysaż, a co za tym idzie liczba ludności wzrastała. Napływali tez koloniści z metropolii, choć stałym problemem był brak chętnych do wyjazdu na stałe. Korona hiszpańska umiała sobie poradzić i z tym problemem. Ogłoszono, że kryminaliści mają wybór: mogą siedzieć w więzieniu lub przyczynić się do rozwoju królestwa za oceanem. Hiszpańscy urzędnicy, żołnierze, piraci, włóczędzy, pospolici przestępcy, murzyńscy niewolnicy i wyzwoleńcy Mulaci nie wyczerpywali panoramy społeczeństwa. Rozwój przeżywały miasta, które rzeszom przybywających żołnierzy i marynarzy oferowały nie tylko sprzedaż żywności na okręty, ale i wszelkie możliwe uciechy. Aż do XX wieku Kuba pełniła rolę ośrodka swoiście pojmowanego przemysłu rozrywkowego, na czele z domami publicznymi i niezliczonymi tawernami opływającymi rumem we wszelkich postaciach. Było także jeszcze coś. Coś, co przetrwało nawet Rewolucję Castro: muzyka i taniec. Powstały one jako mieszanka kultury hiszpańskiej z elementami murzyńskimi, a nawet indiańskimi. Beztroski styl życia stał się z czasem fundamentem kultury kubańskiej, a mieszanina stylów doprowadziła do wyjątkowego bogactwa kulturowego wyspy, do pojawienia się niezliczonej ilości drinków i wielu gatunków muzyki i tańca, które z Kuby powędrowały w świat i dziś stanowią część światowego dorobku kulturowego. Jednocześnie fenomenalne warunki klimatyczne spowodowały rozwój rolnictwa. Uprawy przyjęły typ plantacji. Jednak Indianie zostali wybici lub wymarli w wyniku chorób, a pozostałe przy życiu niedobitki uchylały się od niewolniczej pracy (były nawet przypadki zbiorowych samobójstw w obawie przed dostaniem się w niewolę, co hiszpańscy osadnicy przyjęli za dowód wrodzonego lenistwa Indian) brakowało zatem rąk do pracy. Zaistniała potrzeba zwiększenia importu pracowników. Pierwszych niewolników przywieziono na Kubę już na początku XVI wieku, a ich liczba wzrastała w dwóch kolejnych wiekach, a nawet w wieku XIX. Miejscem, z którego przywożono Murzynów była zachodnia Afryka, przede wszystkim obszar zatoki Gwinejskiej, a także światowe centrum handlu niewolnikami – Dakar. Niewolnicy rekrutowali się głównie z plemienia Joruba, które odznaczało się kapitalnymi warunkami fizycznymi, nieodzownymi przy ciężkiej pracy fizycznej. Murzyni przywieźli ze sobą swe wierzenia religijne i choć na miejscu masowo otrzymywali chrzest, to ich katechizacja była nader pobieżna, a ich właściciele nie zaprzątali sobie głowy chrystianizacją. Dlatego oryginalne wierzenia przetrwały, z czasem mieszając się z dogmatami chrześcijańskimi (zjawisko synkretyzmu) i tworząc religię będącą kolażem rdzennie afrykańskich wierzeń, rytuałów i postaci z zasadami katolickimi, np. Boginię – Matkę utożsamiano z Matką Bożą. Najbardziej znaną religią synkretyczną na Kubie jest santeria (jej odpowiedniki na Haiti to voodoo, a w Brazylii makumba), która istnieje i jest praktykowana do dziś. Jeśli chodzi o muzykę i taniec, to elementy afrykańskie zlały się z innymi i stworzyły nowe gatunki, które jednak mają mocno wyczuwalną nutę afrykańską w postaci przede wszystkim silnego rytmu wybijanego na bębnach, niektórych instrumentów, a w tańcu kroków wprost przeniesionych z tradycji afrykańskiej. Świetnie pokazuje to słynna na całym świecie hawańska rewia „Tropicana.” Natomiast rodzimy język (lub języki, gdyż zwożono Murzynów z różnych plemion) nie zachował się i został całkowicie zastąpiony hiszpańskim. Traktowanie murzyńskich niewolników na plantacjach jest sprawą powszechnie znaną. Dość tylko powiedzieć, że handel niewolnikami, ich transport do Ameryki i historia ich losów należy do najczarniejszych kart w historii ludzkości. Kubańskie standardy, szczególnie jeśli chodzi o okrucieństwo, nie odbiegały niestety od tych, które panowały w innych koloniach, w tym także portugalskich i brytyjskich oraz następnie w USA. Można dodać jedynie tyle, że hiszpańskich kolonizatorów nie cechował dystans wobec Czarnych typowy dla brytyjskiej kultury. Efektem tego jest spora ilość Mulatów i ich potomków w społeczeństwie kubańskim. Tytoń był uprawiany na Kubie już za czasów Indian. W Europie nie był znany, przywiózł go do Hiszpanii osobiście Kolumb. Niebywała popularność, jaką zaczął się cieszyć rozpropagowała tę uprawę po całym świecie, jednak fenomenalne warunki glebowe i klimatyczne spowodowały, że do dziś Kubę uważa się za ojczyznę i stolicę tytoniu. Rozwój plantacji tytoniowych nastąpił w szczególności w zachodniej części wyspy, w prowincji Pinar del Rio. Eksperci uważają, że ze względów geologicznych gleba w tym rejonie jest najlepszą na świecie mieszanką składników niezbędnych dla tytoniu, a klimat wyspy jest wręcz idealny dla tych upraw – ciepły, ale nie przesadnie gorący powoduje, że zbiory można osiągać nawet kilka razy w roku, liście nie są zbytnio wypalone przez słońce, a smak cygar z nich pochodzących wyjątkowo łagodny i szlachetny. Początkowo głównymi odbiorcami kubańskich cygar byli miejscowi notable, ale do rozpropagowania tytoniu i kultury palenia w świecie przyczynili się brytyjscy dżentelmeni. Cygaro stało się symbolem zamożnego i kulturalnego londyńczyka, a następnie w ogóle dżentelmena w Wielkiej Brytanii i koloniach brytyjskich. Niektóre ekskluzywne kluby, a nawet bogate przedsiębiorstwa zamawiały na Kubie wykonanie specjalnych serii cygar na wyłączność. Eksport tych luksusowych produktów przynosił krocie. Do dziś w Hawanie można oglądać pałace tytoniowych magnatów. Może być zaskoczeniem, że na samej wyspie cygara bynajmniej nie są uznawane za luksus – jako tradycyjny element życia codziennego zdobią usta mężczyzn i kobiet od Hawany po najbardziej zapadłe wioski. Jeszcze większym biznesem, a z czasem drugim po cygarach symbolem Kuby, stała się uprawa trzciny cukrowej. Ta, odwrotnie niż tytoń, nie była znana w Ameryce przed Kolumbem. Kolumb przywiózł ją z Wysp Kanaryjskich na Dominikanę w czasie drugiej wyprawy, a stąd rozprzestrzeniła się m.in. na Kubę i znów okazało się, że zarówno gleba jak i klimat wprost idealnie nadają się do jej uprawiania. Do tego inaczej niż na sąsiednich wyspach ukształtowanie terenu nieprzesadnie górzyste otwierało dla upraw bezkresne połacie żyznej ziemi. Jakość kubańskiej trzciny uznawano za bardzo wysoką, ze względu na dużą ilość cukru w wyciskanym z niej soku. Popyt na cukier w XVI, XVII i XVIII wieku był ogromny, ale i po opracowaniu technologii pozyskiwania cukru z buraków nie zmniejszył się, ze względu na wzrost liczby ludności na świecie i w efekcie przez cały wiek XIX, a nawet później, produkcja cukru na Kubie rozwijała się dochodząc do ogromnych rozmiarów. W efekcie już pod koniec wieku XVI można było mówić o Kubie jako o monokulturze cukrowej. Aby lepiej zrozumieć znaczenie uprawy trzciny cukrowej dla wyspy można je porównać do znaczenia produkcji zboża w historii Polski. Obie uprawy stanowiły główny element gospodarek w tych krajach, przynosiły kolosalne dochody dość wąskiej grupie właścicieli ziemskich, określiły strukturę społeczną następnie zakonserwowaną dzięki prawodawstwu i w efekcie oprócz głównego bogactwa stały się dla swoich krajów jedną z głównych przyczyn zacofania: dochody z upraw były tak ogromne, że nie opłacało się zajmowanie niczym innym. Właściwie wszystkie towary poza tytoniem i cukrem były na Kubę importowane. Trzeba tu dodać, że importowane poprzez Hiszpanię, która do takiego stanu rzeczy się przyczyniła wprowadzając przepisy, według których handel zagraniczny w koloniach był dozwolony tylko za pośrednictwem metropolii. O ile jednak w Polsce zalew taniej amerykańskiej pszenicy w XIX wieku spowodował przymusowe przejście części szlachty do innych zawodów i w efekcie otwarcie szansy na rozwój przemysłu, o tyle na Kubie niczym nie zakłócony rozwój monokultury cukrowej trwał w najlepsze i spetryfikował feudalny ustrój kraju aż do końca okresu kolonialnego, a w regionach wiejskich w praktyce nawet aż do lat 50tych XX wieku. Miasta były zamożne, a wieś dzieliła się na opływającą w luksusy klasę posiadaczy, oraz resztę, która bynajmniej nie żyła w nędzy, ale na pewno w zacofaniu, pogłębiającym się wraz z rozwojem świata. Do głównych haseł Fidela Castro po zwycięstwie Rewolucji w 1959 roku należało właśnie oderwanie się od monokultury cukrowej i przeobrażenie Kuby w kraj uprzemysłowiony oraz reforma rolna zrywająca odwieczny układ sił na wsi. Tymczasem zyski z upraw i z handlu towarami były kolosalne; na Kubie powstała klasa miejscowej arystokracji. Wiele miast, przede wszystkim Hawana, rozbłysło światłami okazałych pałaców, projektowanych i budowanych zgodnie z najnowszymi modami. Przybysze z Europy byli oczarowani pięknem i okazałością Hawany, której niezliczone domy, dwory, pałace i kościoły w niczym nie ustępowały tym znanym z miast europejskich. Podczas gdy wiele innych kolonii pozostawało zacofanych kulturowo i cywilizacyjnie, na Kubie rozwijała się kultura w wielu postaciach. Hiszpańska literatura, teatr, taniec były w epoce kolonialnej rozpowszechnione w wielkich miastach, szczególnie w stolicy, w której gromadziła się wąska elita pochodząca bezpośrednio z metropolii. Stany Zjednoczone a KubaW okresie kolonialnym cukier stał się głównym towarem eksportowym wyspy i powodem zainteresowania ze strony państwa, które pod koniec XVIII wieku dopiero raczkowało, ale przez cały wiek XIX rosło w siłę, aby w efekcie stać się dominującym czynnikiem w kubańskiej historii. Losy tych dwóch krajów są ze sobą nierozerwalnie splecione od połowy XVII wieku. Brytyjczycy, tradycyjny wróg hiszpańskiej Armady, od dawna z uwagą obserwowali powolny upadek niereformowanego imperium hiszpańskiego, żyjącego pasożytniczo z intensywnego wyzysku kolonii. W 1762 roku postanowili skorzystać z okazji jaką było osłabienie Hiszpanii i zaatakowali Hawanę. Zdobycie wyspy okazało się łatwe, oblężenie twierdzy El Morro, a następnie miasta, trwało zaledwie dwa tygodnie. Jednak na miejscu spotkała ich przykra niespodzianka: zaraza zaatakowała żołnierzy i zmusiła osadników do przekreślenia planów podporządkowania sobie wyspy na trwałe. Anglicy doszli do porozumienia z Hiszpanami i po zaledwie dziesięciu miesiącach ustąpili z wyspy za cenę uwolnienia handlu z Kubą dla brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej. Dżentelmenom z kolonii brytyjskich nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, natychmiast ruszył nie tylko eksport na Kubę, ale i import cukru oraz melasy, z której w Bostonie i innych miastach wybrzeża atlantyckiego wytwarzano alkohol. Więzy handlowe, jak również osobiste, okazały się bardzo liczne i trwałe. Wśród twórców niepodległości USA nie zabrakło ludzi na co dzień zaangażowanych w interesy z Kubą, którzy w swoich pismach podkreślali, że waga Kuby dla USA jest z ekonomicznego punktu widzenia trudna do przecenienia, a dodatkowo położenie Kuby u wrót Zatoki Meksykańskiej powoduje, że wyspa ma strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. USA żyły wówczas strachem przed interwencją europejską w celu rekonkwisty, ponownego uzależnienia od brytyjskiej metropolii. Nie bez znaczenia była też wspólnota historyczna - świeżo uzyskana niepodległość nastawiała Amerykanów negatywnie wobec kolonializmu i nie brak było protestów przeciwko ciemiężeniu kolonii przez hiszpańską metropolię. W każdym razie już od powstania Stanów Zjednoczonych w poważnych kręgach politycznych mówiło się dużo o Kubie, pojawiały się nawet idee przyłączenia Kuby do Stanów Zjednoczonych, a za minimum uznawano pomoc w uwolnieniu wyspy. Po drugiej stronie Cieśniny Florydzkiej odczucia te były odwzajemniane. Rodzący się w pierwszej połowie wieku XIX ruch niepodległościowy brał za wzór sąsiada z północy i dzielił się na tych, którzy chcieli uzyskać niepodległość przy pomocy Stanów Zjednoczonych oraz tych, którzy niepodległości chcieli po to, by niezwłocznie wstąpić do Stanów Zjednoczonych na zasadzie kolejnego stanu. Dopiero w latach I Wojny o Niepodległość zaczęły pojawiać się głosy radykałów zawiedzionych niewystarczającą ich zdaniem pomocą USA dla powstańców. W samym Waszyngtonie koncepcja aneksji też znajdowała zainteresowanie – w XIX wieku czterech prezydentów składało Hiszpanii propozycję zakupu Kuby. Ponieważ propozycja ta za każdym razem była odrzucana Amerykanie próbowali też innych metod. W latach czterdziestych XIX wieku znany zawadiaka pochodzenia wenezuelskiego Narciso Lopez, któremu udało się zdobyć obywatelstwo kubańskie, zaproponował im sponsorowanie wyprawy, która będzie miała na celu lądowanie na wyspie i doprowadzenie do uwolnienia jej „rękami kubańskich patriotów.” Mimo, że cztery kolejne wyprawy nie dały rezultatu, a ostatnia zakończyła się śmiercią Lopeza w 1848 roku metoda ta widać weszła w krew Amerykanom, gdyż ponad 100 lat później posłużyli się nią znów, z jeszcze bardziej opłakanymi skutkami.
Pod względem ekonomicznym kontakty między wyspą a USA rozwijały się tak pomyślnie, że już w pierwszej połowie XIX wieku związki ekonomiczne Kuby ze Stanami były w niektórych dziedzinach większe niż z metropolią. Popyt amerykański tak rozwinął plantacje cukrowe, że ilość czarnych niewolników na Kubie wzrosła od momentu nawiązania handlu z Amerykanami do lat 40 tych XIX wieku aż ponad dziesięciokrotnie – z 40 do 470 tysięcy osób. Rozwijały się też inwestycje amerykańskie, za sprawą Amerykanów kolej pojawiła się na Kubie już w 1837 roku, później przywieźli maszyny cukrownicze, elektryczność i telefony. Do 1898 roku Amerykanie zainwestowali na Kubie astronomiczną, jak na ówczesną wartość dolara, kwotę 100 milionów USD, a eksport kubański w ponad 85% szedł do USA. Wielu historyków uważa, że Kuba w XIX wieku była częścią błyskawicznie rozwijającej się gospodarki amerykańskiej. Miało to swoje znaczenie dla decyzji o udziale Stanów Zjednoczonych w II Wojnie o Niepodległość Kuby.
Ruchy niepodległościoweFala niepodległościowa, która rozpoczęła się w Meksyku w drugiej dekadzie XIX wieku, i rozprzestrzeniła się po prawie wszystkich koloniach hiszpańskich w Ameryce w latach 20tych ominęła Kubę. Więcej: na Kubie żyło się na tyle dobrze, że miejscowi wspierali Hiszpanów w walce przeciwko Libertadorom z Ameryki Południowej, a w metropolii Kuba zyskała przydomek „wyspa zawsze wierna”. Kiedy nieomal wszystkie kolonie hiszpańskie przeobraziły się w niepodległe państwa, Kuba i Puerto Rico pozostały jedynymi w Ameryce koloniami Hiszpanii (trzecią były Filipiny). Dopiero kryzys na rynku cukru z przełomu lat 50tych i 60tych XIX wieku (jak się później okazało chwilowy) wywołał falę niezadowolenia na wyspie, pytania o winnych, i chęć zmian. 10 października 1868 roku właściciel niewielkiej plantacji na wschodzie wyspy Carlos Manuel Cespedes uwolnił swoich niewolników i ogłosił niepodległość Kuby. Wywołało to 10 lat trwającą I Wojnę o Niepodległość (Wojnę Dziesięcioletnią), którą powstańcy przegrali. Jednak wojna ta miała kolosalne znaczenie dla przyszłości Kuby; obudziła ducha nowego patriotyzmu, dała pierwszych bohaterów, słowem stworzyła Naród Kubański. | | | | Carlos Manuel de Céspedes del Castillo - "ojciec Ojczyzny". W czasach kiedy bardzo niewielu na Kubie myślało o niepodległości ten prawnik i bogaty właściciel ziemski rzucił "okrzyk z Yara" (10 października 1868), którym ogłosił niepodelgłósć Kuby i rozpoczął Wojnę Dziesięcioletnią. Według Cespedesa niepodległość miała przynieść nie tylko wolność kraju, ale i wszystkich jej mieszkańców - w tym czarnych niewolników. Sam dał przykład i wzywając do walki jednocześnie uwolnił wszystkich swoich niewolników na hacjendzie. Na tym nie koniec jego wyrzeczeń - kiedy został ogłoszony pierwszym prezydentem Republiki Kuby (1869) Hiszpanie pojmali jego syna i zaproponowali, że oddadzą go w zamian za zrzeczenie się przez Cespedesa tytułu prezydenta. Jego słynna odpowiedź obiegła cały kraj i dała mu tytuł "Ojca Ojczyzny" - "Oscar nie jest moim jedynym synem, gdyż każdy kto umiera za Kubę również jest moim synem."
Zasługi i popularność nie uchroniły go przed niepowodzeniami; przedłużająca sie wojna spowodowała, że rewolucjoniąci odwołali go z funkcji prezydenta w 1873 roku. Osamotniony i ukrywający się Cespedes został pojmany i zabity przez Hiszpanów w lutym 1874 roku.
| | | |
Formalnie wojna skończyła się pokojem w Zanjon, zwanym „pokojem bez zwycięzców” gdyż w zamian za zaprzestanie walk Hiszpanie zapłacili zniesieniem niewolnictwa. I to stało się najtrwalszym rezultatem wojny – wyznaczyła ona wielorasowy model rozwoju społeczeństwa – do Cespedesa dołączyli nie tylko inni Kreole, ale również czarni niewolnicy, którzy ramię w ramię z Białymi walczyli przeciw Hiszpanii. Jednym z bohaterów powstańczej armii był Mulat Antonio Maceo, z początku szeregowy żołnierz, dzięki swemu niebywałemu bohaterstwu dosłużył się rangi majora. Wojna pochłonęła aż 200 000 ofiar, zrujnowała wiele majątków i dodatkowo wzmocniła więzi ze Stanami Zjednoczonymi. Amerykanie przystąpili do odbudowy gospodarki kubańskiej na skalę jeszcze większą niż przedtem, przy czym robili to w typowy dla siebie sposób – zarabiając krocie. Na przykład w zrujnowanym kraju ceny gruntów ogromnie spadły zatem skupowanie ich i urządzanie tam wielkoprzemysłowych plantacji było korzystne dla obu stron. Dzięki tym inwestycjom już wkrótce Kuba gospodarczo stanęła na nogi. Tymczasem wiele niedobitków powstańczej armii znalazło schronienie w USA, gdzie byli przyjmowani z szacunkiem i mogli kontynuować swą działalność w nieskrępowany sposób. Jednym z nich był Jose Marti, który w latach I Wojny O Niepodległość był nastolatkiem i próbował namówić swych kolegów do walki, a ponadto mimo młodego wieku pisywał do gazet w tonie antyhiszpańskim, za co został skazany na ciężkie roboty w kamieniołomach (miał wówczas zaledwie 16 lat), a następnie na wygnanie z Kuby. Mieszkając po kolei w kilku krajach osiadł wreszcie w Nowym Jorku, gdzie kontynuował działalność niepodległościową odwiedzając i mobilizując hiszpańskich imigrantów oraz pisząc eseje i poematy o tematyce patriotycznej i społecznej. Według Marti niepodległość Kuby powinna iść w parze z wolnością i równością dla niewolników, dla kobiet i ogólnie dla wszystkich obywateli wolnego kraju. W roku 1895 uznał, że sytuacja dojrzała do ponownego powstania, wraz z grupą zwolenników (wśród nich słynny Mulat Antonio Maceo) udał się na Kubę i ponownie ogłosił niepodległość. Tak rozpoczęła się II Wojna o Niepodległość, tym razem zwycięska. Jose Marti zginął w bitwie od razu na początku wojny, 5 maja 1885 roku. Maceo wkrótce po nim. Jednak ich śmierć nie tylko nie zamknęła zmagań o uzyskanie niepodległości, ale obudziła ludzkie sumienia i stała się wezwaniem do powstania dla tysięcy ochotników. Walki, które rozgorzały w 1895 były niezwykle ciężkie, a Hiszpanie znów pokazali swe najokrutniejsze oblicze. Dowodzona przez z pochodzenia Niemca gen. Valeriano Weylera interwencja hiszpańska, choć dziś nie jest elementem świadomości masowej w Europie, należy do najbrutalniejszych i najbardziej tragicznych wydarzeń w historii świata. To właśnie podczas II Wojny o Niepodległość Kuby po raz pierwszy w historii zastosowano obozy koncentracyjne. Hiszpanie uważając, że wsie stanowią zaplecze dla powstańców postanowili spędzić do obozów i odizolować od świata jak najwięcej ludności cywilnej, aby w ten sposób odciąć powstańców od pomocy. Głód i choroby panujące w tych obozach są trudne do opisania, a przecież pochłonęły tysiące osób. Dodatkowe zniszczenia Weyler wprowadził nakazując stosowanie zasady spalonej ziemi. Strategia ta zaczęła przynosić efekty w wymiarze wojskowym, jednak Hiszpanie nie wzięli pod uwagę zmieniających się czasów i roli nowej władzy, która u progu XX wieku po raz pierwszy na świecie zademonstrowała swoja rangę: prasy. W historii mediów II Wojna o Niepodległość Kuby jest punktem zwrotnym – amerykańskie gazety, które wiedząc o tym, że Kuba jest bliska tysiącom Amerykanów, a temat wojny o niepodległość poruszy wszystkie bez wyjątku amerykańskie serca, ruszyły na Kubę. Opisy walk i cierpień ludności nie musiały być koloryzowane, aby wzbudzić kolosalne poruszenie w USA. W ostatnich latach XIX wieku nie było prawie innych tematów niż codzienne relacje z Kuby, zaopatrzone w przerażające zdjęcia ilustrujące gehennę tysięcy niewinnych ludzi oraz w opisy śmiertelnej zarazy, która zaczęła dziesiątkować ludzi zaledwie 90 km od amerykańskich granic. W ten sposób gazety pierwszy raz w historii zamiast wyłącznie relacjonować życie publiczne określiły temat codziennych debat w Ameryce, a w szczególności w Waszyngtonie, i wznieciły wielką falę poparcia dla Kubańczyków oraz gigantyczne wołanie o udzielenie przez USA solidarnej pomocy dla mordowanej wyspy. Amerykańscy właściciele cukrowni na Kubie również wzywali swój rząd do powstrzymania Hiszpanów. Jednak w demokratycznym społeczeństwie nigdy nie brak odmiennych opinii i zwolennicy interwencji napotkali sprzeciw polityków, którzy w miarę upływu czasu uzyskali miano antyinterwencjonistów i argumentowali, że podstawą amerykańskiej polityki zagranicznej jest sformułowana w tzw. Doktrynie Monore z 1823 roku zasada nie wtrącania się w obce sprawy (w szczególności dotyczące europejskich mocarstw) i żądanie w zamian nieinterwencji Europy w sprawy USA. Dlatego apele interwencjonistów pozostawały bez echa. Jedynym efektem ich starań były wezwania rządu amerykańskiego, aby Hiszpania zakończyła konflikt pokojowo i jak najszybciej. | | | | Theodore Roosevelt i the Rough Riders Roosevelt pochodził ze znakomicie sytuowanej rodziny i jako dziecko był typowym dobrze wychowanym, grzecznym i chorowitym okularnikiem, którego właśnie z tego powodu spotykało wiele nieprzyjemności od kolegów. Jednak twardy charakter spowodował, że Teddy zapragnął za wszelką cenę udowodnić światu ile jest wart i już od młodych lat rozpoczął swą długą i słynną karierę zabijaki. Jego niebywałe wyczyny na Dzikim Zachodzie przechodziły do legendy jeszcze zanim się skończyły, prasa na bieżąco relacjonowała słynne, brawurowe polowania. Podczas jednego z nich Teddy polując na niedźwiedzie dokonywał cudów odwagi, a na koniec oszczędził życie małemu misiowi, co zostało natychmiast opisane we wszystkich amerykańskich gazetach. Dotychczasowa popularność Roosevelta wzrosła do tego stopnia, że w sklepach znalazły się zabawki imitujące niedźwiadka – w ten sposób na arenę dziejów wkroczyły nieznane dotychczas pluszowe misie, które wkrótce opanowały świat i do dziś na cześć Theodora Roosevelta noszą w języku angielskim nazwę Teddy Bear. Sława Roosevelta kusiła polityków i wkrótce przyjął stanowisko wiceministra marynarki wojennej. Jednak ministerialne fotele nie przykuły go na zbyt długo – na wieść o przystąpieniu Ameryki do wojny przeciw Hiszpanii ogłosił powstanie ochotniczej brygady, która składała się z kowbojów, Indian, gangsterów, policjantów i wielu innych miłośników przygód, pod wiele mówiącą nazwą „Rough Riders” (surowi jeźdźcy) wyruszyła na Kubę, aby przejść do historii dzięki brawurowej, zwycięskiej szarży pod San Juan koło Santiago, w sierpniu 1898 roku. Rooseveltowi, który stał się wówczas idolem milionów Amerykanów bez trudu przyszło zwycięstwo wyborach gubernatora stanu Nowy Jork w 1899, a rok później prezydent McKinley zaproponował mu startowanie jako kandydat na nicnieznaczące, acz honorowe, stanowisko wiceprezydenta USA w wyborach na drugą dla McKilneya kadencję. Wynik tej batalii był dla Roosevelta taki sam jak pod San Juan i w ten sposób najsłynniejszy awanturnik Ameryki w 1901 roku został wiceprezydentem USA. Jak zwykle w takiej sytuacji musiał znaleźć się ktoś, kto wykracze najgorsze; bogaty lobbysta z Ohio Mark Hanna zapisał się w historii proroctwem: „czy wy nie zdajecie sobie sprawy z tego, że życie jednego człowieka dzieli tego szaleńca od Białego Domu?” Los był zdecydowany aby nadal promować Roosevelta i ręką Amerykanina polskiego pochodzenia Leona Czołkosza usunął ze świata prezydenta McKinleya. Zgodnie z amerykańską konstytucją w chwili śmierci prezydenta jego urząd automatycznie przejmuje wiceprezydent i oto we wrześniu tego samego roku prezydentem Stanów Zjednoczonych został – jak go nazywali przeciwnicy polityczni – „ten cholerny kowboj”. Miał wówczas zaledwie 42 lata. Roosevelt nie przywykł przerażać się nawet najtrudniejszymi sytuacjami. Po szybkim przyswojeniu podstaw problematyki z jaką mają do czynienia prezydenci Roosevelt z właściwą sobie energią zabrał się do porządkowania sytuacji międzynarodowej. Był autorem doktryny grubej pałki, na podstawie której podjął m.in. decyzję o interwencji wojskowej na Kubie. Trzydziesty drugi prezydent USA Franklin Delano Roosevelt był krewnym Theodora.  Roosevelt (stoi, w okularach) z Rough Riders na wzgórzu San Juan, w chwilę po jego zdobyciu. | | | |
Sytuacja zmieniła się 15 marca 1898 roku o godzinie 21.30. W ciągnącej się od trzech lat wojnie, której Hiszpanie nie mogli zdusić mimo coraz nowych sił ściąganych na wyspę, okręt USS Maine miał pełnić rolę neutralnego obserwatora, cumującego w porcie hawańskim gotowego do ewentualnej ewakuacji obywateli amerykańskich. Jednak huk wybuchu jaki się wówczas rozległ całkowicie przekreślił politykę nieinterwencjonizmu. Wraz ze statkiem zatonęło aż 266 amerykańskich marynarzy. Choć nikt nie miał pewności co do przyczyn eksplozji, tragedia ta stała się kroplą przelewająca czarę goryczy. Jeszcze raz prasa pokazała swoje znaczenie: natychmiast oskarżyła Hiszpanów o storpedowanie statku co wznieciło falę oburzenia w USA, dziesiątki artykułów oraz demonstracji pod hasłem „Remember Maine” i – w efekcie 22 kwietnia 1898 roku wypowiedzenie wojny Hiszpanii przez prezydenta Williama McKinleya. W tej sytuacji przegrana Hiszpanów stała się już tylko kwestią czasu. Niegdyś największe mocarstwo świata w ciągu zaledwie trzech miesięcy skapitulowało przed młodą republiką, która jeszcze niedawno drżała przed interwencją z Europy, a teraz niebywale szybko i sprawnie opanowała nie tylko Kubę, ale i trzy inne kolonie hiszpańskie: Puerto Rico, Guam i Filipiny. Wojna o niepodległość Kuby stała punktem zwrotnym nie tylko dla Kuby: stała się gwoździem do trumny wielowiekowego hiszpańskiego imperium kolonialnego w Ameryce, a dla Stanów Zjednoczonych zakończeniem budowania i krzepnięcia państwa i otwarciem nowej ery w dziejach tego kraju, ery nazwanej później przez historyków imperialną.
|